poniedziałek, 8 listopada 2010

KAKI

Dziś bieganina jakich mało. Czuję się jak zziajany pies po gonitwie za własnym ogonem. Pisklę do szkoły-powrót-pisklę ze szkoły do MDK-powrót-pisklę z MDK do szkoły- pisklę ze szkoły powrót… Po drodze bank, zakupy i parę innych. Że też to wszystko właśnie dziś. Za to nagroda tyle niespodziewana, co słodka: zafundowałam narybkowi dwa okazałe owoce kaki. Tak, kaki!!! Udam, że nie wiem, co niektóre maluchy nazywają kaką, owoce wyglądały tak fikuśnie i zachęcająco, ze nawet nazwa nie była w stanie odstręczyć mnie od zakupu. Wielkości pomidora, z błyszczącą pomarańczową skórką, jak małe słońca rozgościły się wśród pękatych winogron i chińskiego agrestu „z trzydniowym zarostem” jak mawiają moi, popularnie zwanego kiwi. Zdawały się drwić z kilku par oczu wpatrzonych w ich krągłość i próbujących w myślach podzielić je Bóg-jeden-raczy-wiedzieć-jak, by odkryć wnętrze pełne… no właśnie, czego? Soku? Pestek? Chrupkiego miąższu? Po chwili już gonilim więc roześmiani z pisklakiem, coby zaraz obrać/rozłupać/wycisnąć/powąchać i posmakować dziwoląga. Słodycz wnętrza i mdłość smaku jednak przegoniła najśmielsze oczekiwania nasze, i nawet najmłodszy a zarazem największy łasuch na tej ziemi wbił tłuściutki paluch w środek zdobyczy, pokręcił nim, oblizał i skrzywił się „fuuuj…”

I tak oto zostałam sama biedna z dwiema wielkimi kakami, łyżeczką dobierając się do mięsisto-glutowatego, mdłego środka i zastanawiając się, czy owoce egzotyczne to jest na pewno to, co lubię najbardziej i czego właśnie teraz mi trzeba... Pewnie, że mają swój urok, ale daleko im do świeżych fig rwanych boso o wschodzie słońca z gałązek wesoło łaskoczących dach namiotu, a jeszcze dalej do chrupiących czereśni i pierwszych papierówek z własnego ogrodu

niedziela, 7 listopada 2010

BEZWENIE

Dopadło mnie okropne bezwenie twórcze. Chętnie zamieniłabym je na bezwonie. Zapach ciasta, pykającego rosołu, ulubionego żelu pod prysznic doprowadza mnie do szału. Chodzę jak struta. Zawsze to zapach najbardziej pobudzał moja wyobraźnię, to on często sprawiał, że zaczynałam kojarzyć twarze z konkretnymi sytuacjami z przeszłości, miejscami, zdarzeniami, klimatem chwili. Potrafił wprawić mnie w nastrój melancholii lub wręcz milczącego osłupienia. Śmiałam się, że jestem jak wyżeł mogący biec wiele mil z zamkniętymi oczyma, wiedziony cieniutka jak nić babiego lata wonią uciekającej zwierzyny… Finito. Amba. Pozostaje cierpliwie czekać na powrót moich zmysłów do starych parametrów i na powrót... weny.