piątek, 25 lutego 2011

DYLEMATY MAŁE I DUŻE

Spotykam się mentalnie-wirtualnie z dawną znajomą. Rozmawiamy. Opowiada o swoim życiu, a konkretnie o ostatnich dwóch latach. I doznaję szoku, jak naiwna jestem, pod jakim kloszem złudzeń żyję, jak wciąż wierzę w rdzennie dobrą naturę człowieka.

Ale szokuje mnie również, jak można z tak ogromną zaciętością, z maniackim wręcz uporem rujnować sobie życie, niszczyć siebie, ranić bliskich i nigdy nie wyciągać wniosków. Ile lat jeszcze musi minąć, co musi się wydarzyć, żeby dorosła osoba zrozumiała, że np. nie należy wiązać się z byłym facetem własnej siostry, a potem rzucać go, aby zakochać się bez pamięci w dawnym przyjacielu, tylko po to, aby wkrótce zostawić go dla jego brata… Po prostu - nie, bo NIE! Swoją drogą - myślałam, że Moda na sukces to czysta fikcja, wybryk chorej wyobraźni scenarzystów z dolarami zamiast szkieł kontaktowych

Kubek gorącej herbaty i paczkę słonych paluszków później nachodzi mnie myśl, że moje życie jest niesamowicie nudne. Nudne w sposób, za który dziękuję Bogu. Jest proste, zwyczajne i przewidywalne. Że mam farta podejmując jak dotąd nienajgorsze decyzje, i że chyba jest jednak jakaś siła we wszechświecie, która trochę mnie lubi, bo popycha mnie w najwłaściwszym dla mnie kierunku


O proszę. Na przykład, co zrobić dziś, aby kocięta nie wyprowadziły mnie z równowagi przy stole, grzebiąc widelcami w zimnej paćce i przeżuwając z rozpaczą w oczach kolejne porcje witamin i węglowodanów. Czy wystawić moje cudowne talenta kulinarne na próbę? Tak czy nie? Dokonuję wyboru i oto milknę widząc, jak powstają i w okamgnieniu znikają puszyste, chrupiące i nieprzyzwoicie delikatne jabcowe racuchy. Bez kopania pod stołem, przewracania oczami i liczenia do dziesięciu. Ha. Jakie to proste, kiedy myśli się pozytywnie. Muszę trenować jak najczęściej

poniedziałek, 21 lutego 2011

CARPE DIEM


BISCORNU - mała rzecz, a cieszy :)


Jak dziwne i przewrotne jest to, że im starsza jestem, a więc, wydawałoby się, bardziej doświadczona, rozsądna i pragmatyczna, tym bardziej moja filozofia życia skłania się ku tej młodzieńczej. A dokładniej – coraz bardziej odległe i bezsensowne wydaje mi się skupianie na przyszłości i robienie czegokolwiek tylko po to, aby kiedyś było lepiej. Otóż, coraz częściej łapię się na myśleniu, że przecież to bliżej nieokreślone kiedyś może nigdy nie nadejść, a owo lepiej powinno odnosić się do tu i teraz. Być może to siła mediów i ich lubość w ukazywaniu ludzkich tragedii, których i tak wokół niemało, wywołuje we mnie takie a nie inne przemyślenia i nastroje. Coraz częściej w duchu dziękuję losowi za kolejny dzień mojego życia spędzony w otoczeniu fantastycznych, ważnych dla mnie osób i żywię nieśmiałą nadzieję, że następny wzbudzi we mnie podobne odczucia, oraz, że sprawi, iż znów wieczorem położę głowę na poduszce z poczuciem spokoju, satysfakcji i spełnienia. Odbija mi?

sobota, 19 lutego 2011

ISKIERKI


Znowu zimno, coraz zimniej. Jak na ten moment to wcale nie jest najgorzej, jednak coraz trudniej powtarzać sobie, że jeszcze trochę, jeszcze parę dni, może tygodni. Aura za oknem nie dodaje wiary. Na szczęście dwie iskry skaczące po domu zajmą i rozgrzeją najbardziej zgrabiałe myśli

środa, 16 lutego 2011

SŁOŃCAAAAA


Nerwowo dziś. Czasem tak jest, że od rana wszystko idzie nie tak jak powinno. Wystarczy jeden telefon od młodziutkiej pani, co to o realnym życiu wie tyle ile usłyszy podczas uzupełniania żelowych tipsów, farbowania odrostów i popijania kawy z koleżankami na modłę „Seksu w wielkim mieście” i śmie wypowiadać się wyniosłym tonem na tematy, które prawdopodobnie nigdy nie będą jej udziałem. A ja, zamiast uodpornić się na urzędniczą bezczelność tudzież głupotę, czuję jak taki robak nadgryza mi tył głowy i majstruje wciąż przy mojej podświadomości wprawiając mnie w nastrój rozdrażnienia. Chwytam więc za telefon, wykręcam parę numerów z kartek i karteluszek i okazuje się, że znowu to ja miałam rację, ale robal już zagnieździł się we mnie na tyle dobrze, że nie da mi spokoju przez kilka następnych dni i nocy.


Grunt to nie dać się, być ponad to. Niech mgła codziennych trosk nie przesłania mi tych nieśmiałych lutowych promieni, które już-już zaczynają wpadać przez okno, zaglądają ciekawie za firankę drwiąc z jej niczym niezmąconej szarości. Tzw. uroki mieszkania w centrum miasta i zainteresowania sąsiadów. Prawdę mówiąc chętnie zdarłabym je wszystkie kilkoma silnymi szarpnięciami i nacieszyła ucho hukiem roztrzaskujących się karniszy. Przegłodna jestem światła w oknach i ciepła w całym ciele. A gdyby tak zamiast szyb wstawić sobie dwumetrowe słoneczne witraże i cieszyć się złotem zalewającym ściany niezależnie od pory dnia i roku?

sobota, 12 lutego 2011

CEPELIOWSKIE ZRYWY








Czekając na wiosnę wynajduję sobie różne, czasem naprawdę dziwne jak na mnie zajęcia... a długie noce sprzyjają moim szaleństwom w przerwach między sprawdzaniem ciepłych czół piskląt, szukaniem termometrów, chustek, skarpetek, kubków z wodą, potykaniem się o sprzęty i o własne niepokoje

czwartek, 10 lutego 2011

SEROWA KLAPA





Nie wierzę gazetom. Kolejny przepis wziął w łeb.
Od wczoraj chodził za mną sernik. Odkopałam wycinek z gazety ozdobiony pięknym kolorowym zdjęciem placka serowego. Pomyślałam – wreszcie jest okazja wypróbować, ważne ze z serem. Pieczołowicie odmierzałam składniki, nie dając się wciągnąć w pogawędkę z Małym Człowieczkiem. Aż zawstydził mnie: „ciągle mnie do pokoju wysyłas, a ja tu chcę pogadać do ciebie”. Odtąd zaczął się mój intensywny kurs, jakże pilny zresztą, podzielności uwagi.
50 min później na stole leżał dziwny twór z brązową, całkiem apetycznie wyglądającą skórką. Niestety, uroda placka zaczynała się i kończyła właśnie na skórce. Wnętrze wyglądało jak masa budyniowa, płaska, gęsta, gumowata i szybko uświadomiła mi klęskę. Tylko Mały Człowieczek, pulchny i niezwykle wyrozumiały degustator moich kulinarnych eksperymentów, otwarty na wszelkie doznania smakowo-estetyczne, nie zraził się i zażyczył sobie duży kawał tego czegoś; pooglądał go ze wszystkich stron, powąchał i wreszcie pochłonął z właściwym sobie namaszczeniem. A że jest nadzwyczajnie taktownym trzylatkiem, poprosił o więcej… Niestety, namacalny dowód mojej kolejnej kulinarnej porażki stygł już wtedy w śmietniku.
Kara za zdradzenie mojego kajecika ze sprawdzonymi przepisami mamy, babci i teściowej. Nigelli Lawson raczej już ze mnie nie będzie :)


środa, 9 lutego 2011

TAKIE TAM


Tak sobie myślę od wczoraj, jak to dobrze przejrzeć czasem na oczy i docenić to, co się ma. Zakochać się po raz setny, tysięczny, milionowy w tym samym tak cudownie niedoskonałym człowieku. W tych potarganych myślach i nigdy niewypowiedzianych, a wyczekiwanych słowach, w braku gestów na pokaz, w góralskim sercu i takowych kapciach chadzających zawsze własnymi ścieżkami, byle z dala od siebie nawzajem i od właściciela. W czarno-białym widzeniu świata tak różnym od mojego, w optymizmie nastolatka, nad którym już tylko litować się potrafię, bo ręce od dawna załamane; w dziwactwach małych i dużych, których nie sposób ogarnąć rozumem i zliczyć. Bo w sumie to dobrze mam. Goni toto jak szalone od rana do wieczora, a czasem znów do rana tylko po to, żebym mogła wolniej, dogłębniej, spokojniej, cierpliwiej. Ledwo zauważam, że chleb znowu sam pojawił się w chlebaku, że piwnica pogłębiła się o pół metra bez niczyjej łaski, pomimo, że dzień wyglądał tak samo jak poprzedni, a niewidzialna ręka znów przykryła kocięta nad ranem, gdy spałam odwrócona tyłem do matczynych obowiązków. I jeszcze to „tu masz sweter, bo znowu zmarzniesz w kościele” rzucone razem z zawiniątkiem, albo chodzenie na palcach, gdy śpię pod sufitem, a czego sama od ponad ćwierćwiecza nauczyć się nie mogę. Czym wobec tego wszystkiego jest wspólne czytanie wierszy

czwartek, 3 lutego 2011

NA CZEŚĆ A.


Jak miło spotkać się z Bratnią Duszą, która wyemigrowała do Miasta Medalików, z tobołkiem nowych wrażeń, wieści, anegdotek, posiedzieć nad kubkiem gorącej herbaty o smaku Pina Colady. Płomyk drga i tańczy na ścianie, w powietrzu zapach wanilii, kocięta w swoich grajdołkach dawno już straciły kontakt z rzeczywistością, a my spijamy sobie słowa z ust, czasem wpadamy w zdanie, czasem się spieramy, by zatoczyć koło i po chwili wysnuć i tak wspólne wnioski. Strasznie lubię widzieć, jak przejęta dyskusją naciągasz rękawy własnoręcznie wydzierganego sweterka, albo poprawiasz golf szukając odpowiednich słów, by wyrazić swoje skłębione myśli. Dzięki ci kochana za to, że jesteś, że bywasz tak blisko.

środa, 2 lutego 2011

PRZEKORNIE MI


Jestem zaskoczona i zawstydzona własną reakcją na w sumie dobre, pozytywne wieści. A jednak podświadomość potrafi płatać figle. Sztruksowe cudeńko w kolorze kawy z mlekiem z lila wstawkami zaczeka na półce na inną szczęściarę. Mój świat pozostanie światem połatanych dżinsów, Batmana, Spidermana, dinozaurów i gwiezdnych konstelacji na suficie. Ale i tak będzie ciekawie, czasem ciężko, czasem śmiesznie, to pewne.


Zatopiona w myślach pochylam się nad miską z ciastem. Muszę, po prostu czuję nieodpartą potrzebę zrobienia czegoś na przekór, pod prąd. Inaczej pęknę, uduszę się. Co prawda trzecie dzieło naszego duetu jest chcąc-niechcąc głośnym manifestem przeciw standardom panującym w mojej rodzinie, a teraz także kubłem zimnej wody na gorące dyskusje jak być powinno, i na koncert życzeń ukierunkowany na jedna zdartą płytę, daje mi więc pewne poczucie satysfakcji. Ale mam niedosyt. Pierwszym symbolicznym gestem niech będą te wytrawne muffinki z serem, pieczarkami, oliwkami, dużą ilością chilli i curry. Nie szczędzę przypraw. A niech to. Czy ja zawsze musze być taka mleczno-kawowa, aksamitno-lukrowa i akuratna?