środa, 21 września 2011

NABYTEK

Odkryłam przyjemność w nocnym buszowaniu po Gumtree. Bardzo podoba mi się to, że upatrzony przedmiot można już następnego dnia obejrzeć, dotknąć, porównać z fotografią. Nie lubię kupować kota w worku.
Wymarzonego dzbanuszka co prawda jeszcze nie mam, ale znalazłam takie coś:


Nie jest tajemnicą moje zamiłowanie do cepelii. Odrobina wiejskiego klimatu w centrum dużego miasta na chwilę wprowadza mnie w inny świat, w świat, w którym uczucia, doznania, słowa, przedmioty, zwierzęta i ludzie zajmują swoje właściwe miejsce. Jak w Chacie Magodzie.

poniedziałek, 19 września 2011

MUR


Bycie dobrym, wrażliwym i pokojowo nastawionym do świata nie zawsze popłaca. Jak zdziwiony był mój "najstarszak" słysząc matkę swą zapewniającą, że uwaga w dzienniczku niczym jest wobec postawy kozła ofiarnego klasowego terrorysty. Jaką ulgę na twarzy miał gdy zaczęło do niego docierać, ze nikt nie oczekuje od niego potulności i nadstawiania drugiego policzka. I wreszcie jaki błysk w oczach, gdy poczuł za plecami niewzruszony mur, o który może się oprzeć.

środa, 14 września 2011

KTOKOLWIEK WIDZIAŁ, KTOKOLWIEK WIE...



Taki byle blaszany dzbanek. Widzę go na węglowej kuchni mojej Babci, gdy grzeje się w nim herbata. Obok na rozgrzanej płycie przypalają się bałabuchy – chrupiące placki a la podpłomyk, których zapach i smak czuję natychmiast gdy zamknę oczy, ale doprawione bolesną świadomością, że już nigdy nie poczuję ich fizycznie. Niestety, receptę Babcia zabrała ze sobą w niebyt… Tak bardzo chciałabym „ocalić je od zapomnienia”, podobnie jak niepowtarzalny smak ucieranych ręcznie lodów waniliowych, podawanych zawsze w brązowych art-decowskich filiżankach. Na nic google i miliony stron kulinarnych, na nic przepisy Mamy, ciotek-klotek, znajomych i nieznajomych: o bałabuchach nikt nie słyszał, lodów mojej Babci nikt zrobić nie umie. To znaczy nie takie, a o te jedyne mi chodzi. Oj Babciu Sawerko, nie było czasu pytać o takie rzeczy, gdy wybiła Twoja godzina, a teraz śmiejesz się ze mnie, aż Ci okulary podskakują…

Przynajmniej dzbanek blaszany znalazłam wśród internetowych staroci i może w końcu uda mi się uszczęśliwić dziewczynkę we mnie, będę oko cieszyć wspomnieniami.

niedziela, 11 września 2011

DZIEŃ, W KTÓRYM ŚWIAT TĄPNĄŁ





Równo dziesięć lat temu, późnym rankiem, krzątając się po kuchni wiele tysięcy kilometrów stąd, odebrałam telefon. Dzwoniła Trish ze szpitala, w którym pracowała: „Szybko włącz telewizor, zobacz, co się dzieje!”

Sięgnęłam po pilota, po chwili z ignoranckim uśmieszkiem patrzyłam, jak samolot wbija się w potężny budynek. „Po jakie licho Trish każe mi oglądać z rana jakąś kiczowatą produkcję z gatunku disaster?! Zawracanie głowy” pomyślałam sobie. Byłam zła, ale odruchowo podgłośniłam dźwięk. „No no, ale efekty niczego sobie. Takie filmy mogą robić tylko tutaj. Co za realizm…”

Nagle poczułam, jak kamienna lawina zaczyna przetaczać się przez tył mojej głowy, oblał mnie zimny pot, przysiadłam na oparciu sofy i zastygłam. Nie potrafię określić ile minut zajęło mi uświadomienie sobie, że to nie był film.

Nie będę rozpisywać się o tym, co było później - o niebywałych korkach na ulicach i pozamykanych lotniskach, o przeciążeniu sieci komórkowych i linii telefonicznych do tego stopnia, że nikt nie mógł do nikogo się dodzwonić. O złowieszczej ciszy w gwarnych zazwyczaj miejscach i o ponurych wielogodzinnych dyskusjach przed telewizorem. O syrenach i kościelnych dzwonach, o tłumaczeniu dzieciom brutalnej prawdy krojonej na miarę emocji ośmiolatka, choć nam samym trudno było ogarnąć ją rozumem. O drżącym głosie mojej Mamy, gdy wreszcie udało mi się dodzwonić do Polski. I wreszcie o moim największym w życiu strachu, czy aby dramatycznym zbiegiem okoliczności nie jestem świadkiem początku trzeciej wojny światowej, w obliczu której błahostką i nieporozumieniem jest moje świeżo złamane serce.

piątek, 9 września 2011

MOJA BLOGOWA HIPOKRYZJA



Wczoraj uświadomiłam sobie, jak dalece postać mojego bloga odbiega od tzw. „postanowień wstępnych” i jak konsekwentna jestem w braku konsekwencji.

Miało nie być:

- zbyt osobiście

- o dzieciach, krzyżykach i gotowaniu

- łzawo i śmiertelnie poważnie

- różowo, lukrowo i waciano-cukrowo

- krytycznie, nostalgicznie i patetycznie


A jak jest???


Najpierw zrobiło mi się przykro.


A później uświadomiłam sobie, że wtedy nie byłoby nic. Bo taka jestem, bo moje życie toczy się wokół takich spraw – drobnych, głupich, śmiesznych, skrajnych, ważnych i poważnych, wobec czego trudno być dyplomatą. Trudno patrzeć i myśleć w skali makro, kiedy akurat najwięcej dzieje się tuż tuż.


Proszę wybaczyć. Czuję się rozgrzeszona.