środa, 31 października 2012

poniedziałek, 22 października 2012

czwartek, 6 września 2012

PA RUSSKI

Coś dla odmiany. Ogłaszam: starzeję się. Nadmiar patosu i duża doza kiczu przestaje mi tak bardzo przeszkadzać. Aż sama się zdziwiłam. A pięć oktaw i vibratto tego pana przyprawia mnie o gęsią skórkę.



I jeszcze coś dla najmłodszych. U mnie w domu doskonale spełnia swoją rolę. 

środa, 5 września 2012

piątek, 24 sierpnia 2012

OKRUSZKI

Lato jest wyjątkowo łaskawe w tym roku. Gdy już, już mam zacząć oswajać się z myślą o jego przemijaniu (właściwie próbuję robić to od... czerwca), nagle pojawia się szereg upalnych dni. Nawet nie śmiem narzekać - niech trwają jak najdłużej, niech mamią mnie, durzą i wyciskają ze mnie siódme poty! Jedynie szarówka za oknem o coraz wcześniejszej porze przypomina mi, że to już schyłek.

Starszy Pan, o którym pisałam parę miesięcy temu, awansował na "Zapasowego Dziadka" moich pisklaków. Cieszy mnie ta znajomość ogromnie, zadziwia i martwi widok postępującego zniedołężnienia i coraz większych problemów z pamięcią. Wzrusza, jak dalece Jego kondycja fizyczna rozbiega się ze stanem ducha - w ostatnim czasie Pan J. stał się prawdziwym "dziadkiem adopcyjnym" tajlandzkiej dziewczynki, której dom i rodzinę zabrało tsunami...Wraz z żoną zobowiązali się łożyć na jej utrzymanie i edukację - dzielić się tym co mają zadając kłam mentalności i postawie przeciętnego polskiego emeryta.

Poza tym dzieje się niewiele i wiele zarazem.

Nowe zawodowe wyzwanie okazało się trudniejsze, niż mogło się wydawać. Droga do sukcesu bywa wyboista... najgorsze, gdy zawodzi "czynnik ludzki" - np. szef kuchni, który kładzie imprezę i traci posadę zanim jeszcze naprawdę ją dostał. Jak mówią - okazja czyni złodzieja, a praca w miejscu z nieograniczonym dostępem do trunków wysokoprocentowych obnaża najpaskudniejsze cechy i słabości. Pewnie jeszcze nie raz przyjdzie mi poparzyć palce.


poniedziałek, 13 sierpnia 2012

czwartek, 9 sierpnia 2012

SWEET SNAIL HOME

Spełniło się moje dziecięce marzenie i udaliśmy się w podróż z "domkiem ślimaka". 
Podejrzewałam już dawno, a teraz mam pewność, że caravaning szalenie mnie kręci. Dzięki niemu nawet w najodleglejszym miejscu masz poczucie, że wciąż jesteś u siebie, tylko widok za oknem jest inny, niż zazwyczaj.


Inny widok, inni sąsiedzi - przeważnie przemili ludzie z różnych środowisk, miejsc, przedziałów wiekowych; Duńczycy, Holendrzy, Niemcy, Szwedzi i oczywiście nasi krajanie, a wszystkich łączy jedna pasja - jeżdżenie to tu, to tam, z domem na kółkach. Dla wielu to sposób życia, rodzaj filozofii, dla niektórych odskocznia od codzienności za biurkiem. Radość daje też niezależność - od pogody, od cen, od standardów panujących w pensjonatach, hotelach, letnich apartamentach. Standardy wyznaczasz sobie sam, podobnie jak plan zajęć, pory posiłków a nawet miejsce będące celem wyjazdu. I swoboda od świtu do zmierzchu, o jakiej pisklaki mieszkające w mieście mogą tylko pomarzyć.

 

piątek, 3 sierpnia 2012

niedziela, 15 lipca 2012

MAŁE JEST PIĘKNE

zwłaszcza, gdy ściska już tylko palec w gonitwie za tym, co nieznane, niezwykłe, nowe i fascynujące. Moje obolałe plecy wygięte w znak zapytania i uczucie, że za chwilę rozsypię się jak puzzle przy jednym niefortunnym ruchu. Nieważne. Fascynacja światem małego człowieka pochłania jak czarna dziura w kosmosie. Krążę jak wolny elektron usuwając przeszkody sprzed pędzących stópek - upadające krzesła, szafki i szuflady czyhające na maleńkie paluszki, rzesze tycich ludzików, które rozłażą się co rano po wszystkich kątach, kubki i dzbanki muszące stać zawsze na brzegu stołu.

Proszę Państwa, nowy Forrest Gump nadchodzi.

wtorek, 10 lipca 2012

MĄDROŚĆ


- Jaki był Twój najszczęśliwszy dzień w życiu?

- Najszczęśliwszy dzień w życiu jest dziś. I był wczoraj. I tydzień temu też. I często jest. Gdy wstaję rano i świeci słońce. Gdy bawię się z K. i z L. Gdy gram w piłkę. Gdy idziemy razem na spacer albo na rowery. I na lody. I wtedy jest mi tak szczęśliwie w środku, że aż żal wieczorem kłaść się spać, żeby nie przespać tego szczęścia, mamo.

poniedziałek, 2 lipca 2012

IF YOU LOVE ME...

 
...I'll make you a star in my universe

czwartek, 28 czerwca 2012

MAGDA P.

Około dwóch miesięcy temu obejrzałam w telewizji film dokumentalny pt. „Magda, miłość i rak”. 
Główna bohaterka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Dawno nie spotkałam osoby tak pięknej zarówno fizycznie jak i duchowo. Mądra, spokojna, uparta, uśmiechnięta, lecz z uśmiechem w moim odczuciu nieco smutnym, właściwym osobom, które widzą więcej, czują głębiej, które przeszły zbyt wiele. 
Historia Magdy była podwójnie wzruszająca – dziewczyna, u której zdiagnozowano rozsianego raka piersi, zakochała się na zabój i dowiedziała się, że jest w ciąży. Wbrew radom wielu lekarzy postanowiła zaryzykować i urodzić dziecko. Udało się: mimo chemioterapii na świat przyszedł upragniony, zdrowy synek.
Walka  Magdy z chorobą nabrała nowego wymiaru, sama Magda – potężnego kopa do walki o siebie. Założyła fundację pomagającą chorym kobietom uporać się z chorobą, nauczyć nietraktowania raka jak wyroku. Pomagała innym jak tylko mogła i była żywym świadectwem, że z tą straszną chorobą też da się żyć, da się być szczęśliwym.
Parę tygodni temu oglądałam kolejny wywiad z Nią. Jak zwykle wyglądała i mówiła pięknie. Niestety, miłość Jej życia odeszła, został pięcioletni synek i choroba. Przeszła obustronną mastektomię, 9 chemioterapii, planowała wyjazd do Chin w celu dalszego leczenia. Choroba wracała, a dzielna Mama, moja rówieśniczka (!), za każdym razem brała się z nią za bary i nie odpuszczała.

Wczoraj dowiedziałam się, że przegrała. Odeszła w zeszły piątek, w wieku 34 lat, po 8 latach życia i zmagań z rakiem.

Obyś nadal rósł w miłości, jaką Ona Cię otaczała, mały Leosiu.

czwartek, 21 czerwca 2012

CRADLED IN LOVE

"Nie płacz za miłością
Płacz ze szczęścia, że żyjesz"

 Niegrzeczni chłopcy, a jak potrafią utulić.

wtorek, 12 czerwca 2012

NIEGODZIWOŚĆ


Dwa miesiące temu dostałam od T. miejski rower. Piękny. Zgrabna, czarna damka, z koszyczkiem i szerokim, skórzanym siodełkiem. Spełnienie moich marzeń. Nie żeby jakiś tam mercedes wśród rowerów, ale też nie składak z Tesco.
Z natury traktuję rzeczy przedmiotowo, bliska mi jest filozofia życiowego minimalizmu.
Jest jednak kilka takich przedmiotów, które uwielbiam i traktuję w sposób szczególny; dbam o nie i dzięki temu służą mi przez lata. Identyfikują mnie, bardzo lubię ich dotyk, wygląd, wspomnienia z nimi związane. Darzę je wyjątkowym uczuciem. Należą do nich: wieczne pióro, portfel, ażurowa srebrna obrączka, zegarek, kubek do herbaty i martensy Mary Jane. Ostatnio dołączył do nich rower, "mój rumak" jak o nim mówiłam.

Dziś stał się tylko wspomnieniem, gdy zostawiłam go na 5 minut przed przychodnią.

Wracałam pieszo do domu i płakałam.

Wiem, że obudzę się rano i jeszcze nie będę mogła w to uwierzyć.

czwartek, 7 czerwca 2012

MIKROCODZIENNOŚĆ

Udało mi się przeżyć i pierwszą komunię dziecka nr 1, i chrzciny dziecka nr 3, więc teraz psychicznie nastawiam się na przyjemności.
Obyło się prawie bez gaf, pomijając podanie imienia dziecka nr 1 zamiast dziecka nr 3 przed polaniem główki wodą. Cóż, przy trójce taka pomyłka to już chyba nie ciężki grzech?
Za to dramat był blisko, gdy kościelny do srebrnego dzbanuszka z wodą nalał WRZĄTKU. Gdyby nie czujność księdza, dziecię mogłoby nabyć uzasadnionych ateistyczno-antykościelnych poglądów. Albo być posądzone o opętanie.

Reszta przebiegła sprawnie.

Po wszystkim alba zawisła w szafie.
Umysł starszaka zawiesił się nad tabletem; stan ten trwał do wczoraj, gdy czasowa konfiskata mienia wyrwała go z raju wirtualnej piłki nożnej po raz kolejny czyniąc mnie Najgorszą Matką Na Świecie (dlaczego nie robi to już na mnie wrażenia?) Szachy nagle stały się passe. Rozmowy ze mną też: zmieniły się w smsy, a tego nie daruję.

Był i pierwszy wyjazd starszaka tam, gdzie nie sięga moja (nad)opiekuńczość i bezcenne staje się zaufanie do dziecka i jego samodzielności. Pierwszy taki test. Zdany z wyróżnieniem.
Wtedy też zobaczyłam jak wygląda czteroletnia tęsknota snująca się po domu. Ma wielkie oczy bardziej szare niż zwykle i smutek w uśmiechu.Wzdycha przy każdym obrocie z boku na bok gdy sen przychodzi później, niż zazwyczaj. Traci apetyt. I rozczula do granic.




czwartek, 10 maja 2012

DLA DINOZAURÓW

co to jak ja na Jacksonie się wychowały. Podoba mi się ten kawalek, zadziwia podobieństwo wokalu ale i smuci troszeczkę. Dziś już chyba nie ma rzeczy nie do podrobienia. Czy naprawdę wszystko już było? Czy doszliśmy do ściany?

środa, 9 maja 2012

BEZCZASIE

czyli czasu brak. Na wszystko.
Brak mi czasu, żeby poczytać blogi, które uwielbiam. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się nadgonić. 
Nie mam czasu na książkę, choć zaczyna doskwierać mi jej głód.
Nie mam czasu na rower, choć uwielbiam, gdy w pędzie podskakuje mi grzywka a przede mną błyskają co chwila wyszczerzone z radości zęby starszaka.
Nie mam czasu na pomarszczenie opuszków pod pachnącą pianką (prysznic przy kąpieli w wannie to jak McDrive przy wieczorze w restauracji).
Na krzyżyki też czasu brak, zdradziłam je najpodlej, bo rzucając w niepamięć.
Brak go na spanie. Na narzekanie. Na nicnierobienie. I na milczenie.


 



czwartek, 26 kwietnia 2012

DOBRE IDZIE

Nie było mnie ciut ponad miesiąc, a tu takie zmiany.
Nowa szata graficzna czy jak to się pięknie zwie, nowe okna, ikony, rozmieszczenie na stronie. Wszystko inne i niby lepsze, ale znowu się człowieku przyzwyczajaj i ucz, skoro czasu masz nadmiar i przed komputerem go notorycznie marnujesz. A ja taki niereformowalny staroświecki przypadek jestem, że lubię przywiązywać się do starego, znanego i niedoskonałego. Od lat więc wymieniam steraną, poczciwą nokię na nową, ale równie poczciwą, bez szmerów-bajerów, ekranów dotykowych z aparatem, kamerą, faksem i drukarką, depilatorem, ekspresem do kawy, prostownicą do włosów, lewarkiem i Bóg-wie-czym-jeszcze w jednym. Jak tu się teraz odnaleźć?

Gdyby tego było mało, dwa tygodnie temu ciężko rozchorował się mój zaniedbany pecet mszcząc się za miesiące lekceważenia braków w elektronicznej apteczce, których to uzupełnienie i uaktualnienie ciągle odkładałam na jutro. Gdy go rozłożyło to juz na dobre. Kilka dni hospitalizacji i wrócił, biedaczek, niby zdrowszy, ale jakiś taki osowiały, jakby skrywał wstydliwą tajemnicę, i okazało się, że efektem ubocznym terapii było wyzerowanie jego pamięci, a więc wszelkich prywatnych danych - setek zdjęć, projektów, zapisków, ulubionych stron internetowych, którymi się z nim dzieliłam od kilku lat. Przepadło jak kamień w wodę.

Poza tym jednak wydarzyło się też sporo dobrego.
Moje rozżalenie i rozczarowanie Bardzo Ważną Osobą znalazło wreszcie ujście, choć bulgotało we mnie złowieszczo od miesięcy. Nareszcie jednak doszło do erupcji całej nagromadzonej żółci, wylałam to wszystko z siebie aż do dna i co najważniejsze, odniosłam wrażenie, że tąpnęło w marsjańskim betonowym sklepieniu tejże. Teraz czekam na wykiełkowanie pomysłu na wyjście z niekomfortowej sytuacji; pomysłu, który od dawna chodzi mi po głowie, a do autorstwa którego przyznać się nie mogę.

Starsze pisklęta znalazły nową wspólną przestrzeń którą jest gra w szachy - ledwo minie południe, a po trzaśnięciu drzwi i głuchym uderzeniu teczki o podłogę rozpoczyna się taniec drewnianych figur po szachownicy, ja natomiast nadziwić się nie mogę ciszy nie będącej ani zwiastunem awantury, ani przykrywką dla tajnej działalności wystawiającej moją rodzicielską tolerancję na próbę.

Nawet rosnące widmo dwóch sporych kościelno-rodzinnych imprez, których gospodynią mam wątpliwą przyjemność być ja, przestało mi spędzać sen z powiek, co zakrawa na jawne szaleństwo pomieszane z całkowitym brakiem wyobraźni i nieznajomością praw Murphy'ego. 

Chyba wiosna zaczyna uderzać mi do głowy. Idzie dobre!




poniedziałek, 12 marca 2012

KOLEJNY DOWÓD

na to, że przeciętny utwór w zetknięciu z niebanalnym talentem nabiera zupełnie nowej jakości i siły. Oryginału nie jestem w stanie dosłuchać do połowy, cover mnie oczarował, rozlewa się ciepło po wszystkich komórkach mojego ciała. Coś co uwielbiam - minimum środków, maksimum wyrazu. Miło się słucha kołysząc myśli.


Dzięki Sis.

środa, 7 marca 2012

KRESKÓWKOWE ODKRYCIE

Kto wie, co otrzymamy po zmieszaniu niepowtarzalnego klimatu z „Wilka i Zająca”, genialnego humoru sytuacyjnego z „Sąsiadów” i doskonałej animacji na poziomie dzieł Pixar Animation Studios? Przy czym jestem w stanie zapomnieć o Bożym świecie, zwyrodnieć i wyzbyć się wyrzutów sumienia? Odpuścić rodzicielską cenzurę dwu parom ślepi wbitych w monitor i łykać razem z nimi odcinek za odcinkiem mierząc czas ilością obejrzanych sezonów?

Wreszcie znalazłam alternatywę dla ciężkostrawnego, absurdalnego i ogłupiającego animowanego fastfoodu, za który uważam produkcje typu Spongebob, Flapjack i znakomitą resztę, przez którą sukcesywnie i konsekwentnie staję się Najgorszą Matką na Świecie.

Oto "Masza i Miedwied". Być może trzeba urodzić się i żyć po tej stronie oceanu, żeby zrozumieć i docenić jej urok.


piątek, 24 lutego 2012

MISSISSIPPI MUD CAKE

Czekoladowy sen o bagnach Mississippi. A może o spoconych czołach czarnych kobiet na polach bawełny. Bezpretensjonalny i słodki jak miłość do mężczyzny.



Już czteroletniego.


czwartek, 16 lutego 2012

TATA


Jest coś, czego mu zazdroszczę.

Nie znam absolutnie nikogo, kto potrafi zabawiać pisklaki tak, jak on. Nikogo, kto wkraczając w ich świat nagle staje się jednym z nich, ba, nareszcie staje się sobą.

Ma głowę tak pełną pomysłów na zabawy, że nie powstydziłby się ich niejeden pedagog – zabawy proste, niewyszukane, z użyciem najbanalniejszych rekwizytów, a wciągające i dające zajęcie na długie godziny. Mecz piłki nożnej rozgrywany na stole przez tuzin żołnierzyków kostką do gry? Proszę bardzo. Sklep spożywczy z użyciem pustych opakowań po produktach, które chomikuję w kuchni? Nie ma sprawy. Do tego szukanie skarbów na plaży zakopanych niepostrzeżenie pięć minut wcześniej, albo prawdziwych, wyrzuconych przez fale. Rysowanie okularów, wąsów i kapeluszy twarzom na zdjęciach w zeszłotygodniowej gazecie. Robienie papierowych pieniążków z użyciem monety i ołówka. Wyścigi resoraków zjeżdżających po równi pochyłej książki do angielskiego. Budowanie fortec z pudełek, wieżowców z kart do gry i wycinanie serwetek z papieru (sic!). Ta lista nie ma końca, a gdy weny brak, zawsze pozostają jeszcze zapasy na dywanie – ich dwóch przeciw niemu jednemu.

Chcę, aby takim go pamiętali.

Tak jak ja, mimo wszystkiego, co nastąpiło potem, pamiętam mojego Tatę opowiadającego mi najwspanialsze, bo jego własne, bajki przed zaśnięciem.




sobota, 11 lutego 2012

WIECZOREM

Czuję się jak przekłuty balon.

Czasem dałabym się pokroić i ugotować za trochę ciszy.

Zbieram wtedy myśli jak malutkie koraliki rozsypane na dywanie. Nabożnie oddzielam włóczkowe pasemka, chowam do właściwych szufladek. Guziczki, szkiełka, kamyczki. Nim nastanie ranek, podelektuję się tym spokojem i ładem. Pooddycham cichą muzyką w ciepłym półmroku.

Rano znów odkryję pięć dróg do chaosu.



Cover Barbadoski. Lepszy, bo z trąbką i przytupem.

czwartek, 2 lutego 2012

WINTER - SURPRISE

Nijak nie mogę wpisać się w zbiorową tendencję do narzekania na mróz i wygrażania pięścią zimie, która wsunęła stopę między zamykające się za nią drzwi a futrynę. Słońce ozłaca budynki, zimno jest, ale nie przeszywa wilgocią, a piece wreszcie (!) napełniły brzuchy czarnymi bryłami. Mało brakowało a ta zima minęłaby im na przymusowej diecie składającej się z drewnianych budowlanych resztek. Osobisty mój Janosik hartuje ciało i umysł w codziennym porannym biegu z pisklakiem do świątyni wiedzy, pozwalając mi złapać jeszcze odrobinę snu przed nabraniem rozpędu. Wydolność czasową obojga wspaniałomyślnie pominę milczeniem. Podobno najgorzej jest mieszkać blisko i mieć poczucie, że zawsze się zdąży.

Uświadomiłam sobie ostatnio, że noszę w sobie garść obrazów z przeszłości, które, choć bolesne, wspominam z rzewnością i których bardziej nie chcę niż nie potrafię wyrzucić z pamięci. Zakrawa to na masochizm, gdy nastaje czas, że wywlekam je z najgłębszych zakamarków umysłu, otrzepuję z kurzu i oglądam pod światło z każdej strony. Przeniesienie się na jeden wieczór w inną rzeczywistość, powrót do poprzedniego tomu i wczytanie się w jego rozdziały przynosi mi niesamowite uczucie oczyszczenia.

piątek, 20 stycznia 2012

DZIEŃ ZA DNIEM

Dni płyną jeden za drugim, zimy nadal nie widać, wiosenne myśli pomalutku zaczynają kiełkować we mnie jak nasionka lnu na parapecie. Przeglądam kartki kalendarza, niecierpliwymi krzyżykami poganiam czarne i czerwone cyfry.

Pisklęta obrastają w piórka, czubią się i lubią; najmniejsze rozpędza się w eksplorowaniu otaczającego świata, co na tym etapie daje jeszcze radość większą niż utrapienie.

Zaczynam nieśmiało zerkać w stronę tamborka, już tęsknię, już korci mnie, żeby choć parę chwil wieczornych poświęcić na ulubioną dłubaninę. Usypiając, widzę kolejne wzory w oprawach, na ścianach i na stołach, aż boję się, że gdy znów zanurzę się w ich świecie, zatracę się w nim kosztem innych, ważniejszych spraw.

Radość przynoszą mi spotkania z Młodszą, smuci zaś rozmijanie się z A. i M. oraz to, że ostatnio ciągle jakoś nam nie po drodze. Mam złość na siebie, że zajęta swoimi najbliższymi tak niewiele czasu i uwagi mam teraz do zaoferowania przyjaciółkom. Jednocześnie wiem, że to naturalny, przejściowy stan i czuję wdzięczność, że w mądrości swojej nie oczekują ode mnie dwojenia się i trojenia.

niedziela, 1 stycznia 2012

NA TEN 2012

Nowy Rok nastał. Nowe nadzieje i plany, nowe wyzwania.

Osobiście życzyłabym sobie uporania się z grubą skorupą, którą obrosłam wystawiona na serię mniejszych i większych rozczarowań, na które zupełnie nie byłam przygotowana w minionym roku.

Cierpliwości i wytrwałości w szlifowaniu charakteru małego egocentryka, który wyrósł na piersi mojej własnej; obym była dobrą podporą dla młodych pędów niekoniecznie pnących się strzeliście do samego nieba, wzdłuż jedynej słusznej drogi, jaką mu obmyśliłam. Obym umiała pozwolić mu czasem zbłądzić i przemoczyć buty nie biegnąc za nim z parasolem i chusteczką do nosa.

Obym czasem pozwoliła zatęsknić za sobą pracownikom służby zdrowia, niechby cotygodniowe wizyty z zasmarkaną gromadką przestały być rutyną.

I żeby zwiotczała wypukłość w okolicach mojej talii, pamiątka po ostatnim lokatorze, wchłonęła się sama pod wpływem uporczywych myśli jako jedynego środka zaradczego.

A czego życzyć Wam?


Do górali słabość mam nie od dziś...