No to start! Zaczynam niepewnie, jak skoczek na linie, jak kociak stąpający po kamieniach w strumieniu.
Tu krok, tam dwa, zawahanie, jeden w tył i znów do przodu.
Dzień za dniem, tydzień za tygodniem.
Ścinek do ścinka, koralik do koralika, nitka do nitki.
Uszyję kolorowy patchwork ze słów, myśli, wspomnień i marzeń.
Opatulę się nim w chłodne wieczory i będę drzemać w bujanym fotelu
-Mamo, ale ten deszcz to tylko po to, żeby za kilka dni zazieleniły się trawniki!
Łatwo mówić, kiedy jeszcze nie ma się mokrego kółka na plecach pod nieprzemakalną (?!) zimową kurtką i grubym swetrem. Deszczowego kółka. Jak Bonifacy przysiadam więc na schodkach przy piecu, ciepło rozchodzi się po kościach uginających się codzień pod słodkim ciężarem.
Mimo wszystko w środku kiełkują pierwiosnki; widać gołym okiem, że lada moment przyroda nabierze rozpędu i rozbucha się w obfitości zieleni i zapachów. Mam wrażenie, że wszyscy już odliczamy dni stukając palcami w blaty stołów. Ja odliczam podwójnie, zachłanna bestia, kiwając się na boki jak wańka wstańka :)
Za to w domu, na osłodę, pączki z serka „homo-nie wiadomo” – szybka akcja a wielka radość
Wiosenna wycieczka do zamku na wodzie pomału staje się naszą tradycją. Cała zimę czekałam na ten dzień. Może powinniśmy topić Marzannę w wojnowickiej fosie? Nie spodobałoby się to miejscowym kaczkom, które, niby obojętne, kątem oka łapczywie wypatrują u nas czerstwych okruchów.
Nasze osobiste pisklęta plus jedno wyrośnięte, przysposobione na ten dzień, wychodziły z siebie równie radośnie jak z puchowych kurtek i polarowych czap. Efektem wychodzenia z siebie jest jedno stłuczone kolano, ubłocone po kostki buty, obwódki wokół paznokci (sic!) i trzy pary rozradowanych, błyszczących ślepi. Podobno dzieci dzielą się na czyste i na szczęśliwe. To nasze dziś po prostu nurzały się w szczęściu, choć i tak nie był to szczyt ich możliwości.
Odurzeni przejrzystym, wilgotnym powietrzem, śpiewem ptaków, ciepłymi podmuchami i błogostanem myśli, wróciliśmy do domu, aby dostać obuchem w łeb. Konkretnie ja i konkretnie w sam środek. Telefon z gądowskiego obozu wytrącił mnie z równowagi i zburzył spokój budowany przez całą niedzielę, przerodził się w wewnętrzną trzęsawkę i skołtunił wszystkie nitki w głowie, które tak skrupulatnie rozplątywałam w ostatnim czasie, gładziłam i nawijałam na zgrabne moteczki.Myślałam, że każdy już znalazł swoje miejsce i że mogę zasiąść do wyplatania nowego, barwnego i równiutkiego światopoglądu na temat tego, co dzieje się w pokrętnej relacji najbliższych mi osób. Nic z tego. Budowla runęła a opadający pył jeszcze długo będzie szczypał mnie w oczy
Upiłam się dziś słońcem. Już wróble drące się bez opamiętania pod oknem zapowiadałypiękny, jak na początek marca, dzień. I miały rację. Poza tym poszukuję pączków – i tych tłustoczwartkowych, i tych na drzewach. Gdyby aura utrzymała się ze dwa tygodnie, na pewno dopatrzyłabym się soczystozielonych końcówek na żywopłotach