Dziś bieganina jakich mało. Czuję się jak zziajany pies po gonitwie za własnym ogonem. Pisklę do szkoły-powrót-pisklę ze szkoły do MDK-powrót-pisklę z MDK do szkoły- pisklę ze szkoły powrót… Po drodze bank, zakupy i parę innych. Że też to wszystko właśnie dziś. Za to nagroda tyle niespodziewana, co słodka: zafundowałam narybkowi dwa okazałe owoce kaki. Tak, kaki!!! Udam, że nie wiem, co niektóre maluchy nazywają kaką, owoce wyglądały tak fikuśnie i zachęcająco, ze nawet nazwa nie była w stanie odstręczyć mnie od zakupu. Wielkości pomidora, z błyszczącą pomarańczową skórką, jak małe słońca rozgościły się wśród pękatych winogron i chińskiego agrestu „z trzydniowym zarostem” jak mawiają moi, popularnie zwanego kiwi. Zdawały się drwić z kilku par oczu wpatrzonych w ich krągłość i próbujących w myślach podzielić je Bóg-jeden-raczy-wiedzieć-jak, by odkryć wnętrze pełne… no właśnie, czego? Soku? Pestek? Chrupkiego miąższu? Po chwili już gonilim więc roześmiani z pisklakiem, coby zaraz obrać/rozłupać/wycisnąć/powąchać i posmakować dziwoląga. Słodycz wnętrza i mdłość smaku jednak przegoniła najśmielsze oczekiwania nasze, i nawet najmłodszy a zarazem największy łasuch na tej ziemi wbił tłuściutki paluch w środek zdobyczy, pokręcił nim, oblizał i skrzywił się „fuuuj…”
I tak oto zostałam sama biedna z dwiema wielkimi kakami, łyżeczką dobierając się do mięsisto-glutowatego, mdłego środka i zastanawiając się, czy owoce egzotyczne to jest na pewno to, co lubię najbardziej i czego właśnie teraz mi trzeba... Pewnie, że mają swój urok, ale daleko im do świeżych fig rwanych boso o wschodzie słońca z gałązek wesoło łaskoczących dach namiotu, a jeszcze dalej do chrupiących czereśni i pierwszych papierówek z własnego ogrodu
I tak oto zostałam sama biedna z dwiema wielkimi kakami, łyżeczką dobierając się do mięsisto-glutowatego, mdłego środka i zastanawiając się, czy owoce egzotyczne to jest na pewno to, co lubię najbardziej i czego właśnie teraz mi trzeba... Pewnie, że mają swój urok, ale daleko im do świeżych fig rwanych boso o wschodzie słońca z gałązek wesoło łaskoczących dach namiotu, a jeszcze dalej do chrupiących czereśni i pierwszych papierówek z własnego ogrodu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz