poniedziałek, 24 października 2011

ZADZIWIAJĄCE

No i doigrałam się: pisklaki zaczynają dokazywać po staremu, a ja stanęłam twarzą w twarz z dość paskudnym zapaleniem płuc.
Dla zabicia nudy rekonwalescencji, przeglądam youtube ciesząc się, że wreszcie rozgryzłam tajniki umieszczania filmików na blogu.

Podzielę się dwoma, które zrobiły na mnie wrażenie.

Pierwszy oglądam z zachwytem i, wypadałoby napisać, wstrzymanym oddechem, choć w mojej sytuacji można mieć wątpliwości, co do przyczyny :) Chociaż nie jestem językoznawcą, temat języka jest mi bliski z racji wykształcenia; tym bardziej zachwyca mnie jeden z najrzadszych i najdziwniejszych języków świata. Ma w sobie coś magicznego, pięknego, zadziwia mnie jego wielofunkcyjność i, w gruncie rzeczy, prostota.



Ponieważ nie każdy zna angielski czy hiszpański, napiszę w skrócie, o czym mówią bohaterowie filmiku:


La Gomera to jedna z Wysp Kanaryjskich, kraina gór i dolin, gdzie gwizdanie jest sposobem komunikowania się na duże odległości. Początki tradycji gwizdania nie są znane, bowiem od lat dzieciaki uczyły się go na ulicy. Gdy Hiszpania znajdowała się pod dyktaturą Franco, na wyspie używano gwizdania jako sposobu ostrzegania przed zbliżającą się hiszpańską żandarmerią. Używano go również jako szybkiego sposobu na wezwanie księdza czy lekarza.
Tradycja gwizdania wydaje się być wieczna, tym bardziej, że dziś również uczy się jej w szkołach.



Drugi filmik również dotyczy języka, choć nie tak bezpośrednio, jak pierwszy. Niemniej robi wrażenie, może mniej nostalgicznie, a bardziej na wesoło:



Kto nie poznaje tego pana, jest to policjant z kultowej "Akademii Policyjnej", gdzie również wzbogacił kilka scen swoim niezwykłym talentem. Tu w wersji koncertowej Led Zeppelin.
Dodatkową atrakcją jest mina prowadzącego program.

Z podziękowaniem dla W., przyjaciela, na którym poznałam się w przysłowiowej biedzie.



środa, 19 października 2011

DYNIOWO NA BIS


Idąc za ciosem, dziś druga odsłona zupy dyniowej. Tym razem wersja mleczna: słodka, waniliowo-cynamonowa, zaszczepiona we mnie przez panią z warzywniaka.



Słońce jako zakładnik na talerzu to jeden z niewielu pozytywnych akcentów dnia dzisiejszego. Właściwie chwila oddechu i skupienia na banale wśród niepokojów i bieganiny pomiędzy dwoma tapczanikami a kołyską - z łyżką, syropem, chustką, nebulizatorem, kapciami, misiem, książką, uśmiechem, bezsnem i bezsensem, a może wiarą sens jednak. Tik-tak, tik-tak. Może jutro będzie lepiej. Może najmniejszy skrzat okaże się najsilniejszy, pokaże choróbsku pulchny środkowy paluszek. Może.

sobota, 15 października 2011

DYNIOWO

Musiało w końcu do tego dojść. Pchana ciekawością, dopingowana przez średniaka, kupiłam dziś niedużą dynię celem sporządzenia jesiennej zupy. Poszukując idealnego przepisu, próbowałam wyobrazić sobie smak apetycznego kremu kuszącego z bloga Doro i z kilku innych, na których zdjęcie talerza pełnego aksamitnej pomarańczowej masy wydaje się być stałym elementem o tej porze roku. Będąc przywiązaną do tradycyjnej kuchni polskiej, zaczęłam zastanawiać się, jak połączyć przepisy, aby nie były zbyt awangardowe jak na gusta moich domowników, nie odbierając dyni ciekawego, nowego dla nas smaku. Stanęło na tym:

1 nieduża dynia

pół cebuli

rosół z warzywami i sporą ilością marchewki

2 ziemniaki

2 łyżki oleju

łyżeczka masła

sól, cukier

lubczyk, pieprz, curry, ostra papryka, szczypta cynamonu

Do zezłoconej na oliwie z masłem cebulki dodałam dyniowy miąższ pokrojony byle jak i dusiłam do miękkości. Zmiksowałam. Połączyłam z gorącym rosołem z warzywami i ugotowanymi w nim ziemniakami. Doprawiłam „na oko” szukając zadowalającego mnie połączenia smaków. Zmiksowałam całość na gładko i – tadam!


Roboty nie chciały wyjść z kadru


Już wiem, że zupa będzie hitem sezonu w moim domu, dość ostra, słono-słodka z nutką orientu dzięki curry i cynamonowi. No i przede wszystkim - rozgrzewa nieporównanie lepiej, niż zimowa kurtka wygrzebana dziś z pawlacza i termofor w dzierganym sweterku razem wzięte.

A pisklakowi tak naprawdę chodziło o to :)

sobota, 8 października 2011

OSZALAŁAM

na punkcie tego duetu, tej interpretacji, tego wykonania

niedziela, 2 października 2011

POZORY

Dziś czuję się jak zgnieciona kulka papieru. Mam ochotę potoczyć się w najciemniejszy kąt, stać się niewidoczna na jakiś czas, wyskoczyć z obiegu. Drażnią mnie roześmiane twarze, rozbiegane oczy, postacie, które zjawiają się i znikają, jakby to było kolejne show, nie mój dom, nie moje życie.
Wszystkie wcześniejsze obietnice straciły moc.
Jeżę się jak kasztanowa łupina. Staję się krytyczna i bezlitosna dla siebie samej, nie lubię tego w sobie. Dziś włoska mamma ma wychodne, wróciłam ja sprzed lat.
Pozory mylą. To, co wydaje się takie naturalne, oczywiste, łatwe i przyjemne okupione jest wysiłkiem, którego nie widać przelatując mimochodem, dlatego wszystkie "ach" i "och" bez mrugnięcia okiem przehandlowałabym za dodatkową parę rąk.