środa, 27 kwietnia 2011

TAK NIEWIELE





... a cieszy. Wystarczy umieć patrzeć.

wtorek, 26 kwietnia 2011

NIGDY WIĘCEJ


Nie wiem, czy potrafię zrozumieć pobudki osób, które zostają pediatrami i zatrudniają się w jedynym w województwie szpitalu dziecięcym, aby traktować chore, wymęczone, rozpalone gorączką maluchy jak porcje mięcha na ladzie. „Nie zaciskaj ręki bo palec ci urwę i jak będziesz wyglądać” rzucone podczas pobierania krwi to na pewno nie jest sposób na nawiązanie współpracy z przerażonym trzylatkiem wczepionym w moją bluzkę i starającym się stopić z jej fakturą. („Głowę sobie urwij, paniusiu” grzęźnie mi gulą w gardle gdy zauważam wzrok męża-przyczajonego aligatora, i modlę się aby w porę opanował instynkt). Druga pani szybko ubierająca maskę i foliowe rękawiczki „bo ciągle od tych dzieci coś łapie” i jeszcze jedna, siłowo otwierająca małe zaciśnięte usta nazywając je paszczą nie poprawiają wrażenia zrobionego przez koleżankę. W efekcie stres sięga zenitu, pisklak zanosi się od płaczu a krew z malutkiego palca krzepnie i potrzebne są kolejne kłucia. W międzyczasie: serdeczna wymiana życzeń wielkanocnych z koleżanką schodzącą z dyżuru, konsultacja w sprawie świeżoprzyjętego „chłopca z jedynki” o dziwnym nazwisku i krótka rozprawa nad tymże, telefon od pacjentki z Polanicy z natychmiastową zmianą tonu na pretensjonalny, nerwowe śledztwo w sprawie niewyraźnego numeru REGON na jakiejś pieczątce. I papiery, papiery, papiery. A ty siedź człowieku, niemy paprochu z bombą zegarową w środku i delektuj się swoją bezsilnością wobec władzy zblazowanych przedstawicielek służby zdrowia. Władzy, której podważenie może zaważyć na zdrowiu małej istoty i zniweczyć sens świątecznego popołudnia spędzonego w psychodelicznej poczekalni


sobota, 16 kwietnia 2011

COŚ Z NICZEGO


Dwa dni rozłąki owocują nową energią i pomysłami na zajęcie dwóch par małych i jednej dużych rąk. Najważniejsze jest pochylenie nad wspólnym dziełem, jakkolwiek proste i absurdalne miałoby ono nie być. Przerywane kuksańcami, uściskami, muchami w nosie i upadkami ze stołków wśród pisków i śmiechu.


Tyle jeszcze pomysłów mam, część prac zaczętych, poganiam więc siebie – szybciej, szybciej, bo za chwilę wszystko zawiśnie na kołku na czas nieokreślony. Czas, który stanie się towarem deficytowym, ręce przejmą zupełnie inne role, a karcący „magiczny palec” przestanie wychylać się z szeregu.



Parę świąteczno-powitalnych drobiazgów tuż przed odlotem za wielką wodę

wtorek, 12 kwietnia 2011

ŻYJĘ!


Chciałoby się, żeby ten czas trwał w nieskończoność. Zielono mi, choć jednocześnie ciężko i niezgrabnie. Słupek za szybą z dnia na dzień wzbija się coraz wyżej i wszystko nabiera intensywności. Odnowione kamienice mienią się jaskrawymi kolorami w słońcu, a szarość starych elewacji już nie przygnębia. Nawet dzieci biegają, zdaje się, dwa razy szybciej, a w ich głowach mnożą się pomysły na kolejne szaleństwa.

Prawdę mówiąc, dni przypominają teraz obrazki w kalejdoskopie. Jest bajecznie, jest świetliście, tylko tempo dla mnie trochę za duże… A przecież mój rollercoaster dopiero się rozpędza!


Włączyło mi się poczucie misji. Poruszam niebo i ziemię, żeby ogrodzenie miejskiej fosy straciło symboliczność a zaczęło być tym, czym powinno. Syndrom wicia gniazda? Tym razem globalnie dla odmiany :D