piątek, 24 lutego 2012

MISSISSIPPI MUD CAKE

Czekoladowy sen o bagnach Mississippi. A może o spoconych czołach czarnych kobiet na polach bawełny. Bezpretensjonalny i słodki jak miłość do mężczyzny.



Już czteroletniego.


czwartek, 16 lutego 2012

TATA


Jest coś, czego mu zazdroszczę.

Nie znam absolutnie nikogo, kto potrafi zabawiać pisklaki tak, jak on. Nikogo, kto wkraczając w ich świat nagle staje się jednym z nich, ba, nareszcie staje się sobą.

Ma głowę tak pełną pomysłów na zabawy, że nie powstydziłby się ich niejeden pedagog – zabawy proste, niewyszukane, z użyciem najbanalniejszych rekwizytów, a wciągające i dające zajęcie na długie godziny. Mecz piłki nożnej rozgrywany na stole przez tuzin żołnierzyków kostką do gry? Proszę bardzo. Sklep spożywczy z użyciem pustych opakowań po produktach, które chomikuję w kuchni? Nie ma sprawy. Do tego szukanie skarbów na plaży zakopanych niepostrzeżenie pięć minut wcześniej, albo prawdziwych, wyrzuconych przez fale. Rysowanie okularów, wąsów i kapeluszy twarzom na zdjęciach w zeszłotygodniowej gazecie. Robienie papierowych pieniążków z użyciem monety i ołówka. Wyścigi resoraków zjeżdżających po równi pochyłej książki do angielskiego. Budowanie fortec z pudełek, wieżowców z kart do gry i wycinanie serwetek z papieru (sic!). Ta lista nie ma końca, a gdy weny brak, zawsze pozostają jeszcze zapasy na dywanie – ich dwóch przeciw niemu jednemu.

Chcę, aby takim go pamiętali.

Tak jak ja, mimo wszystkiego, co nastąpiło potem, pamiętam mojego Tatę opowiadającego mi najwspanialsze, bo jego własne, bajki przed zaśnięciem.




sobota, 11 lutego 2012

WIECZOREM

Czuję się jak przekłuty balon.

Czasem dałabym się pokroić i ugotować za trochę ciszy.

Zbieram wtedy myśli jak malutkie koraliki rozsypane na dywanie. Nabożnie oddzielam włóczkowe pasemka, chowam do właściwych szufladek. Guziczki, szkiełka, kamyczki. Nim nastanie ranek, podelektuję się tym spokojem i ładem. Pooddycham cichą muzyką w ciepłym półmroku.

Rano znów odkryję pięć dróg do chaosu.



Cover Barbadoski. Lepszy, bo z trąbką i przytupem.

czwartek, 2 lutego 2012

WINTER - SURPRISE

Nijak nie mogę wpisać się w zbiorową tendencję do narzekania na mróz i wygrażania pięścią zimie, która wsunęła stopę między zamykające się za nią drzwi a futrynę. Słońce ozłaca budynki, zimno jest, ale nie przeszywa wilgocią, a piece wreszcie (!) napełniły brzuchy czarnymi bryłami. Mało brakowało a ta zima minęłaby im na przymusowej diecie składającej się z drewnianych budowlanych resztek. Osobisty mój Janosik hartuje ciało i umysł w codziennym porannym biegu z pisklakiem do świątyni wiedzy, pozwalając mi złapać jeszcze odrobinę snu przed nabraniem rozpędu. Wydolność czasową obojga wspaniałomyślnie pominę milczeniem. Podobno najgorzej jest mieszkać blisko i mieć poczucie, że zawsze się zdąży.

Uświadomiłam sobie ostatnio, że noszę w sobie garść obrazów z przeszłości, które, choć bolesne, wspominam z rzewnością i których bardziej nie chcę niż nie potrafię wyrzucić z pamięci. Zakrawa to na masochizm, gdy nastaje czas, że wywlekam je z najgłębszych zakamarków umysłu, otrzepuję z kurzu i oglądam pod światło z każdej strony. Przeniesienie się na jeden wieczór w inną rzeczywistość, powrót do poprzedniego tomu i wczytanie się w jego rozdziały przynosi mi niesamowite uczucie oczyszczenia.