No to start! Zaczynam niepewnie, jak skoczek na linie, jak kociak stąpający po kamieniach w strumieniu. Tu krok, tam dwa, zawahanie, jeden w tył i znów do przodu. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Ścinek do ścinka, koralik do koralika, nitka do nitki. Uszyję kolorowy patchwork ze słów, myśli, wspomnień i marzeń. Opatulę się nim w chłodne wieczory i będę drzemać w bujanym fotelu
niedziela, 25 grudnia 2011
czwartek, 22 grudnia 2011
GDZIE TA MAGIA?
Nadchodzące święta miały być całkiem inne.
Po weryfikacji planów górsko-morsko-wyjazdowych stanęło jednak na tym, że znów będzie jak co roku: domowo, plotkarsko i tak jak ”wypada”.
Biały puszek na betonie przed oknem i na dachu samochodu sąsiada dał dziś daremną nadzieję, że w końcu poczuję magię tego czasu. Po południu biały dywan zamienił się w kałuże, w których, jak w tysiącach lusterek, odbijały się świąteczne ozdoby ulicznych latarni.
Coraz trudniej przychodzi mi wzbicie się ponad materialny wymiar świąt. Nie wiem, czy mój wiek ma tu coś do rzeczy, czy czasy nastawione na to, żeby było szybciej, głośniej i efektowniej. Jakoś nie umiem się w tym odnaleźć, jakbym nie do końca pasowała do tego świata.
W moim świecie święta to białe pagórki, choinki w śniegowych czapach, żółte światełka okien w ciemności, ślad sanek na grubej warstwie puchu, dźwięk kościelnych dzwonów i wszystko to, co nieosiągalne w sercu dużego miasta między jedną galerią a drugą.
czwartek, 15 grudnia 2011
GDYBYM
Ostatnio ktoś zapytał mnie, czego bym nie zrobiła, gdybym nie miała dzieci. Długo nad tym myślałam.
Gdybym nie miała dzieci, byłoby mi pusto w życiu.
Nie rozśmieszałyby mnie do niemożebności słowa "kupa", "bąk", "pierd","tyłek" i "bek".
Nie miałabym kilku brulionów zapisanych ich dziecięcym językiem, które otwieramy co jakiś czas i próbujemy rozszyfrować, kto dany tekst wymyślił i co on oznaczał, pękając ze śmiechu.
Nie odróżniałabym marek samochodów.
Nie szukała Ben 10-ów, Spidermanów i Spongebobów przy każdej wizycie w papierniczym czy odzieżowym.
Pewnie nie chciałoby mi się buszować po lumpeksach przez co nie znalazłabym wielu fantastycznych, niepowtarzalnych ciuchów.
Na lodówce miałabym więcej białego miejsca niż magnesów i kolorowych obrazków, a nie miałabym dwóch grubych teczek pełnych laurek i innych dowodów miłości.
Nie cieszyłabym się jak wariatka z tego, że mogę być Świętym Mikołajem.
Nie robiłabym lampionów na roraty.
Nie nauczyłabym się piec cudacznych ciastek i ciasteczek, robić hurtowych ilości leniwych pierogów.
I nie rozumiałabym drżącej brody mojej mamy, gdy śpiewałam "Kaczkę-dziwaczkę" na pierwszym przedszkolnym przedstawieniu.
sobota, 26 listopada 2011
czwartek, 24 listopada 2011
MOJEJ SIS
Ty jedna wiesz, Kochana.
wtorek, 22 listopada 2011
POMALUTKU
Znów rzeczy dzieją się jakby poza mną, gdzieś obok.
Ponieważ nie mam w zwyczaju zwiedzać galerii i centrów handlowych, nastrój świąteczny zaczyna wlewać się do mojej świadomości cieniutkim zielono-purpurowym strumyczkiem, czyli tak jak lubię najbardziej. Dziś na przykład zauważyłam zamontowane przez świąteczne elfy zapewne ozdoby na ulicznych latarniach. Są jeszcze szare i przypominają raczej najeżoną szkłem plątaninę kabli, ale już cieszy mnie myśl o tym, jak efektownie oświetlą miasto w dniu 6 grudnia.
Sztuczne choinki, łańcuchy, aniołki i bombki nie atakują mnie na razie w krzykliwej obfitości ze wszystkich stron i nie wiem, czy to gawiedź miejska poszła wreszcie po rozum do głowy, czy to działa moja nieuświadomiona do końca taktyka omijania strategicznych marketingowo miejsc. Niemniej domowe wieczory zaczyna wypełniać (jakże rzadka!) cisza i skupienie towarzyszące przelewaniu na papier dziecięcych marzeń, przetwarzanych w koślawe słowa, schematy, rysunki i instrukcje.
Ja w tym roku zamierzam poprosić Białobrodego o jedną, długą, pięknie zapakowaną, cichą i spokojną… noc. Taką przespaną od zmierzchu do świtu.
poniedziałek, 7 listopada 2011
środa, 2 listopada 2011
JAKI HALLOWEEN?!
Nie rozumiem zalewającej nas ostatnio zbiorowej fascynacji świętem Halloween. Wkurza mnie niemożebnie. Dlaczego? Dlatego, że kojarzy mi się ze ślepym, bezmyślnym naśladownictwem tego, co obce, a więc, w mniemaniu wielu, lepsze, nowocześniejsze, wartościowsze. Halloween’owa atmosfera w sklepach, pubach, przedszkolach i szkołach, wspaniały pretekst do zabawy, ulepienia potworków z plasteliny, wydrążenia szczerbatego uśmiechu w dyni, przebrania się za maszkarę, upieczenia paskudnie wyglądającego ciasta. Okrzyku „cukierek albo psikus”, choć nie wiadomo, po co. I co dalej? No właśnie problem w tym, że nic. NIC! Powinno się przeprowadzić sondę wśród świętujących, na ile świadomi są swoich poczynań z okazji tego dnia, z jakiego powodu przebierają się za potwory, co wspólnego mają z tradycją Halloween. Sęk w tym, że mieszkając w naszej szerokości geograficznej, nie mają prawa mieć nic wspólnego. Nie mają też prawa oburzać się na sąsiadów zza oceanu, że tak obchodzą dzień przed naszym dniem Wszystkich Świętych, podciągać obu tych świąt pod wspólny mianownik. Pogański Halloween i chrześcijański Dzień Wszystkich Świętych mają ze sobą tyle wspólnego, co wata cukrowa, kolorowe balony, popcorn i kiełbaski z grilla pod cmentarną bramą z pamięcią o zmarłych, zadumą, zniczami i wyciszeniem. Ja wiem, że to znak naszych czasów, ale od nas samych zależy, czy damy się ponieść głupiej modzie, pustemu trendowi. Dlatego całemu halloween’owemu szaleństwu i szkolnemu balowi przebierańców z tej okazji mówię zdecydowane NIE.
poniedziałek, 24 października 2011
ZADZIWIAJĄCE
Dla zabicia nudy rekonwalescencji, przeglądam youtube ciesząc się, że wreszcie rozgryzłam tajniki umieszczania filmików na blogu.
Podzielę się dwoma, które zrobiły na mnie wrażenie.
Pierwszy oglądam z zachwytem i, wypadałoby napisać, wstrzymanym oddechem, choć w mojej sytuacji można mieć wątpliwości, co do przyczyny :) Chociaż nie jestem językoznawcą, temat języka jest mi bliski z racji wykształcenia; tym bardziej zachwyca mnie jeden z najrzadszych i najdziwniejszych języków świata. Ma w sobie coś magicznego, pięknego, zadziwia mnie jego wielofunkcyjność i, w gruncie rzeczy, prostota.
Ponieważ nie każdy zna angielski czy hiszpański, napiszę w skrócie, o czym mówią bohaterowie filmiku:
La Gomera to jedna z Wysp Kanaryjskich, kraina gór i dolin, gdzie gwizdanie jest sposobem komunikowania się na duże odległości. Początki tradycji gwizdania nie są znane, bowiem od lat dzieciaki uczyły się go na ulicy. Gdy Hiszpania znajdowała się pod dyktaturą Franco, na wyspie używano gwizdania jako sposobu ostrzegania przed zbliżającą się hiszpańską żandarmerią. Używano go również jako szybkiego sposobu na wezwanie księdza czy lekarza.
Tradycja gwizdania wydaje się być wieczna, tym bardziej, że dziś również uczy się jej w szkołach.
Drugi filmik również dotyczy języka, choć nie tak bezpośrednio, jak pierwszy. Niemniej robi wrażenie, może mniej nostalgicznie, a bardziej na wesoło:
Dodatkową atrakcją jest mina prowadzącego program.
Z podziękowaniem dla W., przyjaciela, na którym poznałam się w przysłowiowej biedzie.
środa, 19 października 2011
DYNIOWO NA BIS
Słońce jako zakładnik na talerzu to jeden z niewielu pozytywnych akcentów dnia dzisiejszego. Właściwie chwila oddechu i skupienia na banale wśród niepokojów i bieganiny pomiędzy dwoma tapczanikami a kołyską - z łyżką, syropem, chustką, nebulizatorem, kapciami, misiem, książką, uśmiechem, bezsnem i bezsensem, a może wiarą sens jednak. Tik-tak, tik-tak. Może jutro będzie lepiej. Może najmniejszy skrzat okaże się najsilniejszy, pokaże choróbsku pulchny środkowy paluszek. Może.
sobota, 15 października 2011
DYNIOWO
1 nieduża dynia
pół cebuli
rosół z warzywami i sporą ilością marchewki
2 ziemniaki
2 łyżki oleju
łyżeczka masła
sól, cukier
lubczyk, pieprz, curry, ostra papryka, szczypta cynamonu
Do zezłoconej na oliwie z masłem cebulki dodałam dyniowy miąższ pokrojony byle jak i dusiłam do miękkości. Zmiksowałam. Połączyłam z gorącym rosołem z warzywami i ugotowanymi w nim ziemniakami. Doprawiłam „na oko” szukając zadowalającego mnie połączenia smaków. Zmiksowałam całość na gładko i – tadam!
Roboty nie chciały wyjść z kadru
Już wiem, że zupa będzie hitem sezonu w moim domu, dość ostra, słono-słodka z nutką orientu dzięki curry i cynamonowi. No i przede wszystkim - rozgrzewa nieporównanie lepiej, niż zimowa kurtka wygrzebana dziś z pawlacza i termofor w dzierganym sweterku razem wzięte.
A pisklakowi tak naprawdę chodziło o to :)
sobota, 8 października 2011
niedziela, 2 października 2011
POZORY
Wszystkie wcześniejsze obietnice straciły moc.
Jeżę się jak kasztanowa łupina. Staję się krytyczna i bezlitosna dla siebie samej, nie lubię tego w sobie. Dziś włoska mamma ma wychodne, wróciłam ja sprzed lat.
Pozory mylą. To, co wydaje się takie naturalne, oczywiste, łatwe i przyjemne okupione jest wysiłkiem, którego nie widać przelatując mimochodem, dlatego wszystkie "ach" i "och" bez mrugnięcia okiem przehandlowałabym za dodatkową parę rąk.
środa, 21 września 2011
NABYTEK
Wymarzonego dzbanuszka co prawda jeszcze nie mam, ale znalazłam takie coś:
Nie jest tajemnicą moje zamiłowanie do cepelii. Odrobina wiejskiego klimatu w centrum dużego miasta na chwilę wprowadza mnie w inny świat, w świat, w którym uczucia, doznania, słowa, przedmioty, zwierzęta i ludzie zajmują swoje właściwe miejsce. Jak w Chacie Magodzie.
poniedziałek, 19 września 2011
MUR

Bycie dobrym, wrażliwym i pokojowo nastawionym do świata nie zawsze popłaca. Jak zdziwiony był mój "najstarszak" słysząc matkę swą zapewniającą, że uwaga w dzienniczku niczym jest wobec postawy kozła ofiarnego klasowego terrorysty. Jaką ulgę na twarzy miał gdy zaczęło do niego docierać, ze nikt nie oczekuje od niego potulności i nadstawiania drugiego policzka. I wreszcie jaki błysk w oczach, gdy poczuł za plecami niewzruszony mur, o który może się oprzeć.
środa, 14 września 2011
KTOKOLWIEK WIDZIAŁ, KTOKOLWIEK WIE...

Taki byle blaszany dzbanek. Widzę go na węglowej kuchni mojej Babci, gdy grzeje się w nim herbata. Obok na rozgrzanej płycie przypalają się bałabuchy – chrupiące placki a la podpłomyk, których zapach i smak czuję natychmiast gdy zamknę oczy, ale doprawione bolesną świadomością, że już nigdy nie poczuję ich fizycznie. Niestety, receptę Babcia zabrała ze sobą w niebyt… Tak bardzo chciałabym „ocalić je od zapomnienia”, podobnie jak niepowtarzalny smak ucieranych ręcznie lodów waniliowych, podawanych zawsze w brązowych art-decowskich filiżankach. Na nic google i miliony stron kulinarnych, na nic przepisy Mamy, ciotek-klotek, znajomych i nieznajomych: o bałabuchach nikt nie słyszał, lodów mojej Babci nikt zrobić nie umie. To znaczy nie takie, a o te jedyne mi chodzi. Oj Babciu Sawerko, nie było czasu pytać o takie rzeczy, gdy wybiła Twoja godzina, a teraz śmiejesz się ze mnie, aż Ci okulary podskakują…
Przynajmniej dzbanek blaszany znalazłam wśród internetowych staroci i może w końcu uda mi się uszczęśliwić dziewczynkę we mnie, będę oko cieszyć wspomnieniami.
niedziela, 11 września 2011
DZIEŃ, W KTÓRYM ŚWIAT TĄPNĄŁ
Sięgnęłam po pilota, po chwili z ignoranckim uśmieszkiem patrzyłam, jak samolot wbija się w potężny budynek. „Po jakie licho Trish każe mi oglądać z rana jakąś kiczowatą produkcję z gatunku disaster?! Zawracanie głowy” pomyślałam sobie. Byłam zła, ale odruchowo podgłośniłam dźwięk. „No no, ale efekty niczego sobie. Takie filmy mogą robić tylko tutaj. Co za realizm…”
Nagle poczułam, jak kamienna lawina zaczyna przetaczać się przez tył mojej głowy, oblał mnie zimny pot, przysiadłam na oparciu sofy i zastygłam. Nie potrafię określić ile minut zajęło mi uświadomienie sobie, że to nie był film.
Nie będę rozpisywać się o tym, co było później - o niebywałych korkach na ulicach i pozamykanych lotniskach, o przeciążeniu sieci komórkowych i linii telefonicznych do tego stopnia, że nikt nie mógł do nikogo się dodzwonić. O złowieszczej ciszy w gwarnych zazwyczaj miejscach i o ponurych wielogodzinnych dyskusjach przed telewizorem. O syrenach i kościelnych dzwonach, o tłumaczeniu dzieciom brutalnej prawdy krojonej na miarę emocji ośmiolatka, choć nam samym trudno było ogarnąć ją rozumem. O drżącym głosie mojej Mamy, gdy wreszcie udało mi się dodzwonić do Polski. I wreszcie o moim największym w życiu strachu, czy aby dramatycznym zbiegiem okoliczności nie jestem świadkiem początku trzeciej wojny światowej, w obliczu której błahostką i nieporozumieniem jest moje świeżo złamane serce.
piątek, 9 września 2011
MOJA BLOGOWA HIPOKRYZJA
Miało nie być:
- zbyt osobiście
- o dzieciach, krzyżykach i gotowaniu
- łzawo i śmiertelnie poważnie
- różowo, lukrowo i waciano-cukrowo
- krytycznie, nostalgicznie i patetycznie
A jak jest???
Najpierw zrobiło mi się przykro.
A później uświadomiłam sobie, że wtedy nie byłoby nic. Bo taka jestem, bo moje życie toczy się wokół takich spraw – drobnych, głupich, śmiesznych, skrajnych, ważnych i poważnych, wobec czego trudno być dyplomatą. Trudno patrzeć i myśleć w skali makro, kiedy akurat najwięcej dzieje się tuż tuż.
Proszę wybaczyć. Czuję się rozgrzeszona.

środa, 31 sierpnia 2011
U SCHYŁKU LATA

Jutro kolejny przewrót. Pofastrygowana przeze mnie logistyka popęka jak za ciasna spódnica i będę znów zszywać – tu zbiorę, tam dodam, a może i łata gdzieś się przytrafi. Wiadomo - rok szkolny. A przez kolejne miesiące będę się prężyć i wyginać, poprawiać i sprawdzać, czy wreszcie pasuje na miarę naszej powiększonej gromadki i codziennych zajęć.
Od kilkunastu dni zaczynam podskórnie odczuwać nadchodzącą jesień. Wieczory już dawno chłodne i wilgotne, choć słońce w południe jeszcze potrafi zaczarować i zmylić. Zieleń drzew traci na soczystości, a może to moje oko masochistycznie dopatruje się rdzawych odcieni…? A ja mam taki niedosyt! Lato w tym roku mignęło mi gdzieś obok, kojarzę zaledwie parę kadrów. Zresztą - cóż to za lato: garstka upalnych dni. Dobrze, że mogę nawdychać się i otumanić ciepłym zapaszkiem pisklęcia, zwinę się więc w kulkę, obkręcę kilka razy w miejscu i zalegnę w moim domowym zaciszu. Przeczekam.
piątek, 26 sierpnia 2011
PRZESŁANIE
środa, 24 sierpnia 2011
DA SIĘ!
niedziela, 7 sierpnia 2011
ZAMYŚLENIE
Smutne wieści płyną z gadającego pudła. Znowu media karmią się ludzkimi dramatami, których ostatnio jakby więcej; skłania mnie to do częstszego, niż zwykle, zastygania w zadumaniu.
Zastanawia mnie, jakiego dna trzeba sięgnąć i w jaką otchłań beznadziei wpaść, żeby nie dać sobie szansy na jakiekolwiek zmiany. Bo póki życia, póty szans na to, że coś się wydarzy, niechby nawet i cud.
Zawsze, kiedy było mi diabelnie źle, powtarzałam sobie, że grunt to zachować spokój i jeśli nie da się zrobić już nic - odpuścić, pozwolić rzeczom dziać się samym, tak po prostu. Oblekałam się wtedy w niewidzialny kokon i w stanie emocjonalnego odrętwienia - czekałam. Jakoś zawsze po niedługim czasie następowała zmiana, jakiś zwrot wydarzeń, rzucający nowe światło na trapiące mnie problemy.
Kiedy życie umknie, nie ma już szans na nic.
piątek, 29 lipca 2011
W BIEGU
Jaka szkoda, że doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny! Wziąć wałek i rozciągnąć ją o drugie tyle, albo podsypać drożdżami, podlać ciepłym mlekiem z cukrem i niech puchnie, niech rośnie ile się da! Może znalazłoby się miejsce w szalonej mozaice i na sen, i na gazetę, i na telefon do Bliskiej Osoby bez poczucia ograbiania kogoś kruchego z bardzo ważnej dla niego chwili. Najgorsze są ciągłe wybory tego-co-najpilniejsze, gdy w głowie ogonek zadań, a każde niecierpiące zwłoki. Bezwzględnym jurorem jest poczucie krzywdy małego człowieka – nie da się z nim dogadać przed wejściem na salę
Czas nieubłaganie cieknie jak przez dziurawe sito, wciąż patrzę i nie dowierzam, w jak odległym punkcie jestem od tego, co zamierzałam. Więc szybciej, szybciej! Na połamanie nóg, nie oglądaj się, tu uśmiech, tam krzepiący uścisk, kilka zdań o parę decybeli za głośno - niepotrzebnie, ale po co powtarzać dwa razy, kiedy można w tym samym czasie…
.
.
.
.
.
A tamborek usycha z tęsknoty
A sercowy patchwork wywrócony na lewą stronę zamarł w naburmuszonym bezruchu
Wcisnął się w najciemniejszy kąt drewnianej skrzyni
Tak, ja doskonale wiem, co to znaczy obetrzeć ukradkiem kącik oka
sobota, 23 lipca 2011
PAMIĄTKI Z KAMIENISKA
Dostałam też "czerwone koraaale, czerwone niczym wiiiino, korale z polnej jarzębiiiiny" uszlachetnione wymiętoszeniem przez trzyletnie palce i w nabożnym skupieniu nawleczone na nitkę. Na szczęście bez wielkich łez kogokolwiek.
WYCISZENIE I POWRÓT
Pięć dni mojego słomianego wdowieństwa i słomianego jedynactwa kociaka dobiega końca. I dobrze: tyle wystarczyło, żeby okrzepnąć i wrócić do pionu, żeby zatęsknić za wrzawą i przepychankami. Barwne bawełniane Himalaje poznikały z blatów i siedzisk, zdematerializowały się okruszki ciastek i strzępki papierków, gazet, ołówkowych obrzynek. Udało mi się nawet posłuchać paru zakurzonych płyt, poprzeglądać programy do tworzenia znaków wodnych i ponicnierobic w towarzystwie miłego niespodziewanego gościa.
Ogromne krople walą w okna, niebo pohukuje złowrogo, a dwa zmokłe wróble skuliły się w kątku pod balkonem sąsiadów i zapatrzone w siebie nawzajem ćwierkają jak zakochane nastolatki nic sobie nie robiąc z mojego nosa przyklejonego do szyby.
Jutro znów wskoczę na rozpędzoną karuzelę i będę próbowała wyłowić jakiś obraz, jakąś myśl z rozmazanych wirujących plam
wtorek, 19 lipca 2011
DLA NIEDOWIARKÓW
Po drugie: kwitnie po wielu latach, a po kwitnieniu obumiera. Hmmm...
Oto okaz z mojej okolicy.
http://doro-maketeanotlove.blogspot.com/.
Doro - jeszcze raz dziękuję.
poniedziałek, 11 lipca 2011
OD NOWA
Zgodnie z wyobrażeniami moim światem zaczął rządzić chaos. Chaos pomysłów, planów i zadań, na który nie sposób się przygotować. Jednak pomaleńku, jak biały trójkącik na horyzoncie, zaczyna majaczyć rutynowa powtarzalność niektórych czynności niezwiązanych z obsługą rozkrzyczanej, pachnącej ciepłem i mlekiem, zwiniętej w koci kłębek, istoty.
Muszę przyznać, że rozczula mnie widok trzech par oczu wlepionych w nieświadomego swej roli pisklaka, silne włochate ramię wydobywające małe ciałko z przepastnej gondoli, i postawa króla dżungli dumnie acz niby przypadkiem pokazującego otoczeniu swój skarb.
Boli jedynie nieustające zmęczenie i skłonność do potrójnego widzenia, gdy świt puka w okno.