niedziela, 25 grudnia 2011

(PO)WIGILIJNIE



Życzę wszystkim zaglądającym tu zdrowia, spokoju i miłości. I żebyście spędzili ten czas tak, jak lubicie najbardziej

czwartek, 22 grudnia 2011

GDZIE TA MAGIA?

Nadchodzące święta miały być całkiem inne.

Po weryfikacji planów górsko-morsko-wyjazdowych stanęło jednak na tym, że znów będzie jak co roku: domowo, plotkarsko i tak jak ”wypada”.

Biały puszek na betonie przed oknem i na dachu samochodu sąsiada dał dziś daremną nadzieję, że w końcu poczuję magię tego czasu. Po południu biały dywan zamienił się w kałuże, w których, jak w tysiącach lusterek, odbijały się świąteczne ozdoby ulicznych latarni.

Coraz trudniej przychodzi mi wzbicie się ponad materialny wymiar świąt. Nie wiem, czy mój wiek ma tu coś do rzeczy, czy czasy nastawione na to, żeby było szybciej, głośniej i efektowniej. Jakoś nie umiem się w tym odnaleźć, jakbym nie do końca pasowała do tego świata.

W moim świecie święta to białe pagórki, choinki w śniegowych czapach, żółte światełka okien w ciemności, ślad sanek na grubej warstwie puchu, dźwięk kościelnych dzwonów i wszystko to, co nieosiągalne w sercu dużego miasta między jedną galerią a drugą.

czwartek, 15 grudnia 2011

GDYBYM


Ostatnio ktoś zapytał mnie, czego bym nie zrobiła, gdybym nie miała dzieci. Długo nad tym myślałam.

Gdybym nie miała dzieci, byłoby mi pusto w życiu.
Nie rozśmieszałyby mnie do niemożebności słowa "kupa", "bąk", "pierd","tyłek" i "bek".
Nie miałabym kilku brulionów zapisanych ich dziecięcym językiem, które otwieramy co jakiś czas i próbujemy rozszyfrować, kto dany tekst wymyślił i co on oznaczał, pękając ze śmiechu.
Nie odróżniałabym marek samochodów.
Nie szukała Ben 10-ów, Spidermanów i Spongebobów przy każdej wizycie w papierniczym czy odzieżowym.
Pewnie nie chciałoby mi się buszować po lumpeksach przez co nie znalazłabym wielu fantastycznych, niepowtarzalnych ciuchów.
Na lodówce miałabym więcej białego miejsca niż magnesów i kolorowych obrazków, a nie miałabym dwóch grubych teczek pełnych laurek i innych dowodów miłości.
Nie cieszyłabym się jak wariatka z tego, że mogę być Świętym Mikołajem.
Nie robiłabym lampionów na roraty.
Nie nauczyłabym się piec cudacznych ciastek i ciasteczek, robić
hurtowych ilości leniwych pierogów.
I nie rozumiałabym drżącej brody mojej mamy, gdy śpiewałam "Kaczkę-dziwaczkę" na pierwszym przedszkolnym przedstawieniu.



sobota, 26 listopada 2011

czwartek, 24 listopada 2011

MOJEJ SIS

Nie wiem, czy trzeba być matką, żeby zachwycić się takim wykonaniem skądinąd niezłego, acz mocno już wyświechtanego utworu. Ja kupuję odświeżoną wersję w całości razem z charyzmą wykonawczyni i zaryzykuję stwierdzenie, że uczniowie prześcignęli mistrzynię. Może ich siła tkwi w tym, że są rodzeństwem?



Z podziękowaniami dla K. Nie tylko za linka, przede wszystkim za to, że oprócz siostry bonusowo mam w niej przyjaciółkę. Tyle lat musiało minąć, tyle oddaleń i spotkań, pył po tylu wojnach musiał opaść :)
Ty jedna wiesz, Kochana.

wtorek, 22 listopada 2011

POMALUTKU





Znów rzeczy dzieją się jakby poza mną, gdzieś obok.

Ponieważ nie mam w zwyczaju zwiedzać galerii i centrów handlowych, nastrój świąteczny zaczyna wlewać się do mojej świadomości cieniutkim zielono-purpurowym strumyczkiem, czyli tak jak lubię najbardziej. Dziś na przykład zauważyłam zamontowane przez świąteczne elfy zapewne ozdoby na ulicznych latarniach. Są jeszcze szare i przypominają raczej najeżoną szkłem plątaninę kabli, ale już cieszy mnie myśl o tym, jak efektownie oświetlą miasto w dniu 6 grudnia.

Sztuczne choinki, łańcuchy, aniołki i bombki nie atakują mnie na razie w krzykliwej obfitości ze wszystkich stron i nie wiem, czy to gawiedź miejska poszła wreszcie po rozum do głowy, czy to działa moja nieuświadomiona do końca taktyka omijania strategicznych marketingowo miejsc. Niemniej domowe wieczory zaczyna wypełniać (jakże rzadka!) cisza i skupienie towarzyszące przelewaniu na papier dziecięcych marzeń, przetwarzanych w koślawe słowa, schematy, rysunki i instrukcje.

Ja w tym roku zamierzam poprosić Białobrodego o jedną, długą, pięknie zapakowaną, cichą i spokojną… noc. Taką przespaną od zmierzchu do świtu.

poniedziałek, 7 listopada 2011

środa, 2 listopada 2011

JAKI HALLOWEEN?!

Nie rozumiem zalewającej nas ostatnio zbiorowej fascynacji świętem Halloween. Wkurza mnie niemożebnie. Dlaczego? Dlatego, że kojarzy mi się ze ślepym, bezmyślnym naśladownictwem tego, co obce, a więc, w mniemaniu wielu, lepsze, nowocześniejsze, wartościowsze. Halloween’owa atmosfera w sklepach, pubach, przedszkolach i szkołach, wspaniały pretekst do zabawy, ulepienia potworków z plasteliny, wydrążenia szczerbatego uśmiechu w dyni, przebrania się za maszkarę, upieczenia paskudnie wyglądającego ciasta. Okrzyku „cukierek albo psikus”, choć nie wiadomo, po co. I co dalej? No właśnie problem w tym, że nic. NIC! Powinno się przeprowadzić sondę wśród świętujących, na ile świadomi są swoich poczynań z okazji tego dnia, z jakiego powodu przebierają się za potwory, co wspólnego mają z tradycją Halloween. Sęk w tym, że mieszkając w naszej szerokości geograficznej, nie mają prawa mieć nic wspólnego. Nie mają też prawa oburzać się na sąsiadów zza oceanu, że tak obchodzą dzień przed naszym dniem Wszystkich Świętych, podciągać obu tych świąt pod wspólny mianownik. Pogański Halloween i chrześcijański Dzień Wszystkich Świętych mają ze sobą tyle wspólnego, co wata cukrowa, kolorowe balony, popcorn i kiełbaski z grilla pod cmentarną bramą z pamięcią o zmarłych, zadumą, zniczami i wyciszeniem. Ja wiem, że to znak naszych czasów, ale od nas samych zależy, czy damy się ponieść głupiej modzie, pustemu trendowi. Dlatego całemu halloween’owemu szaleństwu i szkolnemu balowi przebierańców z tej okazji mówię zdecydowane NIE.

poniedziałek, 24 października 2011

ZADZIWIAJĄCE

No i doigrałam się: pisklaki zaczynają dokazywać po staremu, a ja stanęłam twarzą w twarz z dość paskudnym zapaleniem płuc.
Dla zabicia nudy rekonwalescencji, przeglądam youtube ciesząc się, że wreszcie rozgryzłam tajniki umieszczania filmików na blogu.

Podzielę się dwoma, które zrobiły na mnie wrażenie.

Pierwszy oglądam z zachwytem i, wypadałoby napisać, wstrzymanym oddechem, choć w mojej sytuacji można mieć wątpliwości, co do przyczyny :) Chociaż nie jestem językoznawcą, temat języka jest mi bliski z racji wykształcenia; tym bardziej zachwyca mnie jeden z najrzadszych i najdziwniejszych języków świata. Ma w sobie coś magicznego, pięknego, zadziwia mnie jego wielofunkcyjność i, w gruncie rzeczy, prostota.



Ponieważ nie każdy zna angielski czy hiszpański, napiszę w skrócie, o czym mówią bohaterowie filmiku:


La Gomera to jedna z Wysp Kanaryjskich, kraina gór i dolin, gdzie gwizdanie jest sposobem komunikowania się na duże odległości. Początki tradycji gwizdania nie są znane, bowiem od lat dzieciaki uczyły się go na ulicy. Gdy Hiszpania znajdowała się pod dyktaturą Franco, na wyspie używano gwizdania jako sposobu ostrzegania przed zbliżającą się hiszpańską żandarmerią. Używano go również jako szybkiego sposobu na wezwanie księdza czy lekarza.
Tradycja gwizdania wydaje się być wieczna, tym bardziej, że dziś również uczy się jej w szkołach.



Drugi filmik również dotyczy języka, choć nie tak bezpośrednio, jak pierwszy. Niemniej robi wrażenie, może mniej nostalgicznie, a bardziej na wesoło:



Kto nie poznaje tego pana, jest to policjant z kultowej "Akademii Policyjnej", gdzie również wzbogacił kilka scen swoim niezwykłym talentem. Tu w wersji koncertowej Led Zeppelin.
Dodatkową atrakcją jest mina prowadzącego program.

Z podziękowaniem dla W., przyjaciela, na którym poznałam się w przysłowiowej biedzie.



środa, 19 października 2011

DYNIOWO NA BIS


Idąc za ciosem, dziś druga odsłona zupy dyniowej. Tym razem wersja mleczna: słodka, waniliowo-cynamonowa, zaszczepiona we mnie przez panią z warzywniaka.



Słońce jako zakładnik na talerzu to jeden z niewielu pozytywnych akcentów dnia dzisiejszego. Właściwie chwila oddechu i skupienia na banale wśród niepokojów i bieganiny pomiędzy dwoma tapczanikami a kołyską - z łyżką, syropem, chustką, nebulizatorem, kapciami, misiem, książką, uśmiechem, bezsnem i bezsensem, a może wiarą sens jednak. Tik-tak, tik-tak. Może jutro będzie lepiej. Może najmniejszy skrzat okaże się najsilniejszy, pokaże choróbsku pulchny środkowy paluszek. Może.

sobota, 15 października 2011

DYNIOWO

Musiało w końcu do tego dojść. Pchana ciekawością, dopingowana przez średniaka, kupiłam dziś niedużą dynię celem sporządzenia jesiennej zupy. Poszukując idealnego przepisu, próbowałam wyobrazić sobie smak apetycznego kremu kuszącego z bloga Doro i z kilku innych, na których zdjęcie talerza pełnego aksamitnej pomarańczowej masy wydaje się być stałym elementem o tej porze roku. Będąc przywiązaną do tradycyjnej kuchni polskiej, zaczęłam zastanawiać się, jak połączyć przepisy, aby nie były zbyt awangardowe jak na gusta moich domowników, nie odbierając dyni ciekawego, nowego dla nas smaku. Stanęło na tym:

1 nieduża dynia

pół cebuli

rosół z warzywami i sporą ilością marchewki

2 ziemniaki

2 łyżki oleju

łyżeczka masła

sól, cukier

lubczyk, pieprz, curry, ostra papryka, szczypta cynamonu

Do zezłoconej na oliwie z masłem cebulki dodałam dyniowy miąższ pokrojony byle jak i dusiłam do miękkości. Zmiksowałam. Połączyłam z gorącym rosołem z warzywami i ugotowanymi w nim ziemniakami. Doprawiłam „na oko” szukając zadowalającego mnie połączenia smaków. Zmiksowałam całość na gładko i – tadam!


Roboty nie chciały wyjść z kadru


Już wiem, że zupa będzie hitem sezonu w moim domu, dość ostra, słono-słodka z nutką orientu dzięki curry i cynamonowi. No i przede wszystkim - rozgrzewa nieporównanie lepiej, niż zimowa kurtka wygrzebana dziś z pawlacza i termofor w dzierganym sweterku razem wzięte.

A pisklakowi tak naprawdę chodziło o to :)

sobota, 8 października 2011

OSZALAŁAM

na punkcie tego duetu, tej interpretacji, tego wykonania

niedziela, 2 października 2011

POZORY

Dziś czuję się jak zgnieciona kulka papieru. Mam ochotę potoczyć się w najciemniejszy kąt, stać się niewidoczna na jakiś czas, wyskoczyć z obiegu. Drażnią mnie roześmiane twarze, rozbiegane oczy, postacie, które zjawiają się i znikają, jakby to było kolejne show, nie mój dom, nie moje życie.
Wszystkie wcześniejsze obietnice straciły moc.
Jeżę się jak kasztanowa łupina. Staję się krytyczna i bezlitosna dla siebie samej, nie lubię tego w sobie. Dziś włoska mamma ma wychodne, wróciłam ja sprzed lat.
Pozory mylą. To, co wydaje się takie naturalne, oczywiste, łatwe i przyjemne okupione jest wysiłkiem, którego nie widać przelatując mimochodem, dlatego wszystkie "ach" i "och" bez mrugnięcia okiem przehandlowałabym za dodatkową parę rąk.

środa, 21 września 2011

NABYTEK

Odkryłam przyjemność w nocnym buszowaniu po Gumtree. Bardzo podoba mi się to, że upatrzony przedmiot można już następnego dnia obejrzeć, dotknąć, porównać z fotografią. Nie lubię kupować kota w worku.
Wymarzonego dzbanuszka co prawda jeszcze nie mam, ale znalazłam takie coś:


Nie jest tajemnicą moje zamiłowanie do cepelii. Odrobina wiejskiego klimatu w centrum dużego miasta na chwilę wprowadza mnie w inny świat, w świat, w którym uczucia, doznania, słowa, przedmioty, zwierzęta i ludzie zajmują swoje właściwe miejsce. Jak w Chacie Magodzie.

poniedziałek, 19 września 2011

MUR


Bycie dobrym, wrażliwym i pokojowo nastawionym do świata nie zawsze popłaca. Jak zdziwiony był mój "najstarszak" słysząc matkę swą zapewniającą, że uwaga w dzienniczku niczym jest wobec postawy kozła ofiarnego klasowego terrorysty. Jaką ulgę na twarzy miał gdy zaczęło do niego docierać, ze nikt nie oczekuje od niego potulności i nadstawiania drugiego policzka. I wreszcie jaki błysk w oczach, gdy poczuł za plecami niewzruszony mur, o który może się oprzeć.

środa, 14 września 2011

KTOKOLWIEK WIDZIAŁ, KTOKOLWIEK WIE...



Taki byle blaszany dzbanek. Widzę go na węglowej kuchni mojej Babci, gdy grzeje się w nim herbata. Obok na rozgrzanej płycie przypalają się bałabuchy – chrupiące placki a la podpłomyk, których zapach i smak czuję natychmiast gdy zamknę oczy, ale doprawione bolesną świadomością, że już nigdy nie poczuję ich fizycznie. Niestety, receptę Babcia zabrała ze sobą w niebyt… Tak bardzo chciałabym „ocalić je od zapomnienia”, podobnie jak niepowtarzalny smak ucieranych ręcznie lodów waniliowych, podawanych zawsze w brązowych art-decowskich filiżankach. Na nic google i miliony stron kulinarnych, na nic przepisy Mamy, ciotek-klotek, znajomych i nieznajomych: o bałabuchach nikt nie słyszał, lodów mojej Babci nikt zrobić nie umie. To znaczy nie takie, a o te jedyne mi chodzi. Oj Babciu Sawerko, nie było czasu pytać o takie rzeczy, gdy wybiła Twoja godzina, a teraz śmiejesz się ze mnie, aż Ci okulary podskakują…

Przynajmniej dzbanek blaszany znalazłam wśród internetowych staroci i może w końcu uda mi się uszczęśliwić dziewczynkę we mnie, będę oko cieszyć wspomnieniami.

niedziela, 11 września 2011

DZIEŃ, W KTÓRYM ŚWIAT TĄPNĄŁ





Równo dziesięć lat temu, późnym rankiem, krzątając się po kuchni wiele tysięcy kilometrów stąd, odebrałam telefon. Dzwoniła Trish ze szpitala, w którym pracowała: „Szybko włącz telewizor, zobacz, co się dzieje!”

Sięgnęłam po pilota, po chwili z ignoranckim uśmieszkiem patrzyłam, jak samolot wbija się w potężny budynek. „Po jakie licho Trish każe mi oglądać z rana jakąś kiczowatą produkcję z gatunku disaster?! Zawracanie głowy” pomyślałam sobie. Byłam zła, ale odruchowo podgłośniłam dźwięk. „No no, ale efekty niczego sobie. Takie filmy mogą robić tylko tutaj. Co za realizm…”

Nagle poczułam, jak kamienna lawina zaczyna przetaczać się przez tył mojej głowy, oblał mnie zimny pot, przysiadłam na oparciu sofy i zastygłam. Nie potrafię określić ile minut zajęło mi uświadomienie sobie, że to nie był film.

Nie będę rozpisywać się o tym, co było później - o niebywałych korkach na ulicach i pozamykanych lotniskach, o przeciążeniu sieci komórkowych i linii telefonicznych do tego stopnia, że nikt nie mógł do nikogo się dodzwonić. O złowieszczej ciszy w gwarnych zazwyczaj miejscach i o ponurych wielogodzinnych dyskusjach przed telewizorem. O syrenach i kościelnych dzwonach, o tłumaczeniu dzieciom brutalnej prawdy krojonej na miarę emocji ośmiolatka, choć nam samym trudno było ogarnąć ją rozumem. O drżącym głosie mojej Mamy, gdy wreszcie udało mi się dodzwonić do Polski. I wreszcie o moim największym w życiu strachu, czy aby dramatycznym zbiegiem okoliczności nie jestem świadkiem początku trzeciej wojny światowej, w obliczu której błahostką i nieporozumieniem jest moje świeżo złamane serce.

piątek, 9 września 2011

MOJA BLOGOWA HIPOKRYZJA



Wczoraj uświadomiłam sobie, jak dalece postać mojego bloga odbiega od tzw. „postanowień wstępnych” i jak konsekwentna jestem w braku konsekwencji.

Miało nie być:

- zbyt osobiście

- o dzieciach, krzyżykach i gotowaniu

- łzawo i śmiertelnie poważnie

- różowo, lukrowo i waciano-cukrowo

- krytycznie, nostalgicznie i patetycznie


A jak jest???


Najpierw zrobiło mi się przykro.


A później uświadomiłam sobie, że wtedy nie byłoby nic. Bo taka jestem, bo moje życie toczy się wokół takich spraw – drobnych, głupich, śmiesznych, skrajnych, ważnych i poważnych, wobec czego trudno być dyplomatą. Trudno patrzeć i myśleć w skali makro, kiedy akurat najwięcej dzieje się tuż tuż.


Proszę wybaczyć. Czuję się rozgrzeszona.


środa, 31 sierpnia 2011

U SCHYŁKU LATA


Jutro kolejny przewrót. Pofastrygowana przeze mnie logistyka popęka jak za ciasna spódnica i będę znów zszywać – tu zbiorę, tam dodam, a może i łata gdzieś się przytrafi. Wiadomo - rok szkolny. A przez kolejne miesiące będę się prężyć i wyginać, poprawiać i sprawdzać, czy wreszcie pasuje na miarę naszej powiększonej gromadki i codziennych zajęć.


Od kilkunastu dni zaczynam podskórnie odczuwać nadchodzącą jesień. Wieczory już dawno chłodne i wilgotne, choć słońce w południe jeszcze potrafi zaczarować i zmylić. Zieleń drzew traci na soczystości, a może to moje oko masochistycznie dopatruje się rdzawych odcieni…? A ja mam taki niedosyt! Lato w tym roku mignęło mi gdzieś obok, kojarzę zaledwie parę kadrów. Zresztą - cóż to za lato: garstka upalnych dni. Dobrze, że mogę nawdychać się i otumanić ciepłym zapaszkiem pisklęcia, zwinę się więc w kulkę, obkręcę kilka razy w miejscu i zalegnę w moim domowym zaciszu. Przeczekam.

piątek, 26 sierpnia 2011

PRZESŁANIE

W taki upał jak dziś najtwardszy góral staje się wegetarianinem

Sen dziś miałam przedziwny. Rozczarowujący jak twarda łuska ze środka  jabłka, gdy usta pełne bajecznej szarlotki.

Rzecz dzieje się w wielkim mieszkaniu pewnej realnej osoby płci żeńskiej, na której opis poświęcić wypadałoby osobny blog, dość więc napisać, że nie darzyła mię sympatią i był czas, kiedy skutecznie i z lubością odbierała mi radość życia.

Otóż w śnie moim, po latach, jakimś trafem spędzamy oczyszczający atmosferę wieczór, kiedy to okazuje się, że wszystkie stare żale i niesnaski można już obśmiać, przykrości puścić w niepamięć, odkryć braterstwo dusz i zachłysnąć się odnowioną znajomością.
Z jakiegoś powodu nocuję w jednym z pustych bielonych pokoi gospodyni; śpię snem sprawiedliwego, z ogromną ulgą w sercu i uśmiechem na twarzy, bo ciągnące się latami nieporozumienia dały się we znaki i wykiełkowały srebrnymi nitkami na skroniach.

Gdy rano staję przed lustrem, doznaję szoku, odkrywając, że mam postrzępione, wycięte miejscami do skóry włosy, ubrania podziurawione wiszą na krześle, a gospodyni zerka ukradkiem przez szparę w drzwiach i aż puchnie z satysfakcji, jak naiwną idiotkę udało się jej ze mnie zrobić.

Ha! Stąd morał moje dziatki: lepszy wróg prawdziwy niż przyjaciel fałszywy – ot, co chodzi mi dziś natrętnie po rozgrzanej głowie

środa, 24 sierpnia 2011

DA SIĘ!








Pierwsza dalsza wyprawa w nowym składzie. Mimo mojej początkowej napinki wszystko odbyło się sprawnie i, dzięki Bogu, bez niespodzianek. Doładowałam wiarę we własne siły i w to, że chcieć znaczy móc. Teraz pozostało pielęgnować ulubione obrazy w głowie, i czekać następnego lata, bo pomysły coraz bardziej ekstremalne...

niedziela, 7 sierpnia 2011

ZAMYŚLENIE




Smutne wieści płyną z gadającego pudła. Znowu media karmią się ludzkimi dramatami, których ostatnio jakby więcej; skłania mnie to do częstszego, niż zwykle, zastygania w zadumaniu.


Zastanawia mnie, jakiego dna trzeba sięgnąć i w jaką otchłań beznadziei wpaść, żeby nie dać sobie szansy na jakiekolwiek zmiany. Bo póki życia, póty szans na to, że coś się wydarzy, niechby nawet i cud.


Zawsze, kiedy było mi diabelnie źle, powtarzałam sobie, że grunt to zachować spokój i jeśli nie da się zrobić już nic - odpuścić, pozwolić rzeczom dziać się samym, tak po prostu. Oblekałam się wtedy w niewidzialny kokon i w stanie emocjonalnego odrętwienia - czekałam. Jakoś zawsze po niedługim czasie następowała zmiana, jakiś zwrot wydarzeń, rzucający nowe światło na trapiące mnie problemy.


Kiedy życie umknie, nie ma już szans na nic.



piątek, 29 lipca 2011

W BIEGU

Jaka szkoda, że doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny! Wziąć wałek i rozciągnąć ją o drugie tyle, albo podsypać drożdżami, podlać ciepłym mlekiem z cukrem i niech puchnie, niech rośnie ile się da! Może znalazłoby się miejsce w szalonej mozaice i na sen, i na gazetę, i na telefon do Bliskiej Osoby bez poczucia ograbiania kogoś kruchego z bardzo ważnej dla niego chwili. Najgorsze są ciągłe wybory tego-co-najpilniejsze, gdy w głowie ogonek zadań, a każde niecierpiące zwłoki. Bezwzględnym jurorem jest poczucie krzywdy małego człowieka – nie da się z nim dogadać przed wejściem na salę

Czas nieubłaganie cieknie jak przez dziurawe sito, wciąż patrzę i nie dowierzam, w jak odległym punkcie jestem od tego, co zamierzałam. Więc szybciej, szybciej! Na połamanie nóg, nie oglądaj się, tu uśmiech, tam krzepiący uścisk, kilka zdań o parę decybeli za głośno - niepotrzebnie, ale po co powtarzać dwa razy, kiedy można w tym samym czasie…

.

.

.

.

.

A tamborek usycha z tęsknoty

A sercowy patchwork wywrócony na lewą stronę zamarł w naburmuszonym bezruchu

Wcisnął się w najciemniejszy kąt drewnianej skrzyni


Tak, ja doskonale wiem, co to znaczy obetrzeć ukradkiem kącik oka

sobota, 23 lipca 2011

PAMIĄTKI Z KAMIENISKA







Wraz z powrotem ferajny z Kamieniska powiększyła się moja kolekcja letnich fotografii będących uzupełnieniem opowieści o dojeniu, karmieniu, lepieniu, mieleniu i wypiekaniu. Są równie ciekawe jak same historyjki w ustach siedmio- i trzylatka. Co mnie cieszy, moje miejskie dzieci potrafią znaleźć prawdziwą radość w obcowaniu z naturą, ich umysły nie zostały całkowicie pochłonięte i wyżymane przez telewizję i komputer o co tak zawzięcie walczę każdego dnia.

Dostałam też "czerwone koraaale, czerwone niczym wiiiino, korale z polnej jarzębiiiiny" uszlachetnione wymiętoszeniem przez trzyletnie palce i w nabożnym skupieniu nawleczone na nitkę. Na szczęście bez wielkich łez kogokolwiek.





WYCISZENIE I POWRÓT

Pięć dni mojego słomianego wdowieństwa i słomianego jedynactwa kociaka dobiega końca. I dobrze: tyle wystarczyło, żeby okrzepnąć i wrócić do pionu, żeby zatęsknić za wrzawą i przepychankami. Barwne bawełniane Himalaje poznikały z blatów i siedzisk, zdematerializowały się okruszki ciastek i strzępki papierków, gazet, ołówkowych obrzynek. Udało mi się nawet posłuchać paru zakurzonych płyt, poprzeglądać programy do tworzenia znaków wodnych i ponicnierobic w towarzystwie miłego niespodziewanego gościa.


Ogromne krople walą w okna, niebo pohukuje złowrogo, a dwa zmokłe wróble skuliły się w kątku pod balkonem sąsiadów i zapatrzone w siebie nawzajem ćwierkają jak zakochane nastolatki nic sobie nie robiąc z mojego nosa przyklejonego do szyby.


Jutro znów wskoczę na rozpędzoną karuzelę i będę próbowała wyłowić jakiś obraz, jakąś myśl z rozmazanych wirujących plam

wtorek, 19 lipca 2011

DLA NIEDOWIARKÓW

Po pierwsze: agawa MA kolce. AgaWa też.
Po drugie: kwitnie po wielu latach, a po kwitnieniu obumiera. Hmmm...

Oto okaz z mojej okolicy.


Nie wiem, czym zasłużyłam, ale dostałam pierwsze wyróżnienie, od Doro. Wysoko cenię Jej zdanie, tym większy to zaszczyt. Blogi Artystki mówią same za siebie:

http://wstarymsadzie.blogspot.com/
oraz
http://doro-maketeanotlove.blogspot.com/
.

Doro - jeszcze raz dziękuję.

poniedziałek, 11 lipca 2011

OD NOWA


Zgodnie z wyobrażeniami moim światem zaczął rządzić chaos. Chaos pomysłów, planów i zadań, na który nie sposób się przygotować. Jednak pomaleńku, jak biały trójkącik na horyzoncie, zaczyna majaczyć rutynowa powtarzalność niektórych czynności niezwiązanych z obsługą rozkrzyczanej, pachnącej ciepłem i mlekiem, zwiniętej w koci kłębek, istoty.

Muszę przyznać, że rozczula mnie widok trzech par oczu wlepionych w nieświadomego swej roli pisklaka, silne włochate ramię wydobywające małe ciałko z przepastnej gondoli, i postawa króla dżungli dumnie acz niby przypadkiem pokazującego otoczeniu swój skarb.

Boli jedynie nieustające zmęczenie i skłonność do potrójnego widzenia, gdy świt puka w okno.


środa, 6 lipca 2011

WRÓCIŁAM

...jako uśmiechnięta wydmuszka z pisklakiem u piersi; zaledwie parę dni a wrażenia jak słodko-gorzki koncentrat kilku ładnych lat. I początek nowej drogi. Uwielbiam ten magiczny czas

Dziękuję wszystkim życzliwym za trzymanie kciuków