No to start! Zaczynam niepewnie, jak skoczek na linie, jak kociak stąpający po kamieniach w strumieniu. Tu krok, tam dwa, zawahanie, jeden w tył i znów do przodu. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Ścinek do ścinka, koralik do koralika, nitka do nitki. Uszyję kolorowy patchwork ze słów, myśli, wspomnień i marzeń. Opatulę się nim w chłodne wieczory i będę drzemać w bujanym fotelu
piątek, 31 grudnia 2010
ŚWIĘTA
poniedziałek, 8 listopada 2010
KAKI
I tak oto zostałam sama biedna z dwiema wielkimi kakami, łyżeczką dobierając się do mięsisto-glutowatego, mdłego środka i zastanawiając się, czy owoce egzotyczne to jest na pewno to, co lubię najbardziej i czego właśnie teraz mi trzeba... Pewnie, że mają swój urok, ale daleko im do świeżych fig rwanych boso o wschodzie słońca z gałązek wesoło łaskoczących dach namiotu, a jeszcze dalej do chrupiących czereśni i pierwszych papierówek z własnego ogrodu
niedziela, 7 listopada 2010
BEZWENIE
Dopadło mnie okropne bezwenie twórcze. Chętnie zamieniłabym je na bezwonie. Zapach ciasta, pykającego rosołu, ulubionego żelu pod prysznic doprowadza mnie do szału. Chodzę jak struta. Zawsze to zapach najbardziej pobudzał moja wyobraźnię, to on często sprawiał, że zaczynałam kojarzyć twarze z konkretnymi sytuacjami z przeszłości, miejscami, zdarzeniami, klimatem chwili. Potrafił wprawić mnie w nastrój melancholii lub wręcz milczącego osłupienia. Śmiałam się, że jestem jak wyżeł mogący biec wiele mil z zamkniętymi oczyma, wiedziony cieniutka jak nić babiego lata wonią uciekającej zwierzyny… Finito. Amba. Pozostaje cierpliwie czekać na powrót moich zmysłów do starych parametrów i na powrót... weny.
czwartek, 28 października 2010
PTASZYDŁO
Marznę niemiłosiernie. Niedługo zamienię się w kraczącą wronę, w moją ś.p. babcię obleczoną szmatkami, chustkami i gałgankami, albo w starą wiedźmę siedzącą przy piecu i łypiącą spode łba kaprawym okiem. Palce mam blade, chude i lodowate, choć herbata parzy gardło i opuszki.
A propos wron: wczoraj byłam świadkiem przedziwnej sytuacji. Wlokąc się z parku, idąc wzdłuż niewysokiego murku przy galeriowcu (tyle ohydnym co słynnym w całym mieście), usłyszałam głośne karakanie jakby tuż tuż za moim uchem. Wyjrzałam za murek, a tam ogromne, czarne ptaszysko z potężnym stalowym dziobem rozkraczyło się na dachu bordowego „nówka nieśmigana” samochodu i darło się wniebogłosy, w przerwach dziobiąc Bogu ducha winną uszczelkę… Zatrzymałam się i nie dowierzając własnym oczom zastanawiałam się, co powinnam zrobić i czy tak wyglądały Ptaszydła z "Ronji, córki zbójnika". Po chwili dogoniły mnie moje pisklaki i ze śmiechem zaczęły śledzić tę hiczkokowską scenę, a ptaszysko bezczelnie i złowrogo patrzyło im w oczy, aż zażegnałam myśl o ataku na nie badylem z pobliskiego drzewa. Pierwszy raz wystraszyłam się… ptaka. Po głowie latało mi 1000 myśli i wyobraziłam sobie jakąś biedną właścicielkę Peżota ubolewającą nad zniszczonym i podrapanym pazurami dachem, ale widząc zagęszczający się tłumek rozbawionych gapiów wycofałam się po tchórzowsku ciągnąc za sobą dwa małe kaptury.
Utwierdziłam się jednak w niechęci do wron, gawronów i tym podobnych. Jak ja wytrzymam do wiosny?
poniedziałek, 18 października 2010
ZMIANY, ZMIANY

poniedziałek, 11 października 2010
MAM ZA SWOJE
A niech tam! Na przekór wszystkiemu w środku i tak kwiatki, piórka, fajerwerki
sobota, 9 października 2010
JESIEŃ?
czwartek, 7 października 2010
UWIELBIAM PORANKI

Uwielbiam pierwsze promienie słońca tańczące po ścianie starej oficyny, głaszczące zmarszczki i blizny odpadającego tynku, pieszczące chropowatość faktury niczym troskliwa córka pochylona nad schorowaną matką. Uwielbiam cichy szmer przechodzący stopniowo w jednostajne brzmienie, będące wyrazem budzącego się miejskiego zgiełku. Pojedyncze postaci wypełzają ze swoich nor, wylewają się stopniowo na ulice, najpierw ospale, półsennie, nakręcają się z każdym krokiem, by dać się wciągnąć w rutynową całodzienną gonitwę. Lubię patrzeć, gdy jeszcze tak bardzo ludzkie w swojej bezradności, zaspaniu, rozwianych włosach i niezawiązanych krawatach, drapią zapamiętale szyby samochodów.
Najbardziej jednak lubię spotkanie dwóch dusz, gdy umysły jeszcze śpią a ciała mechanicznie wykonują swoje dawno wyuczone poranne czynności, od prostych do coraz bardziej złożonych, by móc bez wstydu wtopić się w sunący orszak. Ciepłe, pachnące snem sześcioletnie ręce oplatają moją szyję, gdy wsuwam palce w nastroszoną czuprynę, i słodkie rozczarowanie, gdy zamiast pieśni powitalnej wprost do ucha, słyszę: „zrobisz mi kakao?…”
Dwa kwadranse później posuwamy się już ręka w rękę, ramię w pas, noga za nogą zatopieni w rozmowie, zaabsorbowani kamieniem podskakującym między naszymi krokami, roześmiani, zajęci planami na dziś, na jutro, na lato 2011, na podróż w kosmos za lat dwadzieścia, „ale mamo, czy ten pies, którego jeszcze nie mamy, czy zmieści się razem z nami?”
Jak dobrze móc tak iść pół kroku w tyle za barwną falą i kontemplować chwile sam na sam z umysłem nieskażonym życiowym doświadczeniem, bez przerośniętego ego, bez irracjonalnych lęków i uprzedzeń, i po prostu trwać, uczyć się, chłonąć…
I jak tu nie lubić poranków?
środa, 6 października 2010
RUSZYŁO MNIE
A myślałam, że już nic, że niewiele jest w stanie wzbudzić moje zdziwienie, niesmak, wewnętrzne veto, a jednak.
Rusza mnie widok dwóch kresek upublicznionych do granic możliwości na portalu społecznościowym. Rusza mnie zdjęcie USG, wyżymane ze swojej tajemniczości, wyrwane z intymnej chwili, by wszyscy życzliwi i nie, mogli „cieszyć się” razem z nami. Rusza mnie zakrwawione dziecię łapiące pierwszy oddech, zaciskające opuchnięte powieki w błysku flesza. Gdzie jest granica? Nie wiem. Ale wiem, że pora odejść
A wokół mnie zimno. Może to stąd ten sceptycyzm? Syrena wyje jak zwykle.
Już nie budzi we mnie strachu o czyjeś życie, w przeciwnym razie musiałabym zamierać w bezruchu co kilkanaście minut
Nie wyrywa mnie nawet z zamyślenia nad ciepłym popołudniem, gdy ruszyliśmy ferajną wgłąb obornickich lasów w poszukiwaniu ciszy, zgniłej zieleni, ochry i złocistych brązów.
Nie spiesz się zimo, my jeszcze nie gotowi do snu