piątek, 31 grudnia 2010

ŚWIĘTA


Święta, święta i... Sylwester. Dla odmiany ciepło, rodzinnie, domowo. Nadspodziewanie. Rodzinnie nie zawsze oznaczało dobrze. A jednak. Wystarczyło wrzucić na luz, przymknąć oko na biel ścian, tandetną imitację świątecznego drzewka i braki w składzie ucztujących. Wystarczyło spojrzeć na dwa skrzaty kolędujace spontanicznie, radośnie i wbrew rodzinnej tradycji. Dopiero teraz, po 33 latach, zrozumiałam, że święta są w nas, nie w dwunastu potrawach na stole i świątecznej ramówce na ekranie. I że jeszcze nie wszystko stracone.

poniedziałek, 8 listopada 2010

KAKI

Dziś bieganina jakich mało. Czuję się jak zziajany pies po gonitwie za własnym ogonem. Pisklę do szkoły-powrót-pisklę ze szkoły do MDK-powrót-pisklę z MDK do szkoły- pisklę ze szkoły powrót… Po drodze bank, zakupy i parę innych. Że też to wszystko właśnie dziś. Za to nagroda tyle niespodziewana, co słodka: zafundowałam narybkowi dwa okazałe owoce kaki. Tak, kaki!!! Udam, że nie wiem, co niektóre maluchy nazywają kaką, owoce wyglądały tak fikuśnie i zachęcająco, ze nawet nazwa nie była w stanie odstręczyć mnie od zakupu. Wielkości pomidora, z błyszczącą pomarańczową skórką, jak małe słońca rozgościły się wśród pękatych winogron i chińskiego agrestu „z trzydniowym zarostem” jak mawiają moi, popularnie zwanego kiwi. Zdawały się drwić z kilku par oczu wpatrzonych w ich krągłość i próbujących w myślach podzielić je Bóg-jeden-raczy-wiedzieć-jak, by odkryć wnętrze pełne… no właśnie, czego? Soku? Pestek? Chrupkiego miąższu? Po chwili już gonilim więc roześmiani z pisklakiem, coby zaraz obrać/rozłupać/wycisnąć/powąchać i posmakować dziwoląga. Słodycz wnętrza i mdłość smaku jednak przegoniła najśmielsze oczekiwania nasze, i nawet najmłodszy a zarazem największy łasuch na tej ziemi wbił tłuściutki paluch w środek zdobyczy, pokręcił nim, oblizał i skrzywił się „fuuuj…”

I tak oto zostałam sama biedna z dwiema wielkimi kakami, łyżeczką dobierając się do mięsisto-glutowatego, mdłego środka i zastanawiając się, czy owoce egzotyczne to jest na pewno to, co lubię najbardziej i czego właśnie teraz mi trzeba... Pewnie, że mają swój urok, ale daleko im do świeżych fig rwanych boso o wschodzie słońca z gałązek wesoło łaskoczących dach namiotu, a jeszcze dalej do chrupiących czereśni i pierwszych papierówek z własnego ogrodu

niedziela, 7 listopada 2010

BEZWENIE

Dopadło mnie okropne bezwenie twórcze. Chętnie zamieniłabym je na bezwonie. Zapach ciasta, pykającego rosołu, ulubionego żelu pod prysznic doprowadza mnie do szału. Chodzę jak struta. Zawsze to zapach najbardziej pobudzał moja wyobraźnię, to on często sprawiał, że zaczynałam kojarzyć twarze z konkretnymi sytuacjami z przeszłości, miejscami, zdarzeniami, klimatem chwili. Potrafił wprawić mnie w nastrój melancholii lub wręcz milczącego osłupienia. Śmiałam się, że jestem jak wyżeł mogący biec wiele mil z zamkniętymi oczyma, wiedziony cieniutka jak nić babiego lata wonią uciekającej zwierzyny… Finito. Amba. Pozostaje cierpliwie czekać na powrót moich zmysłów do starych parametrów i na powrót... weny.

czwartek, 28 października 2010

PTASZYDŁO






Krzyżyk za krzyżykiem, gorzko-czekoladowa Madame Butterfly rośnie w siłę. Szarpie mi nerwy i uspokaja zarazem. Nie wiem, skąd wzięło się we mnie takie dziwne masochistyczne zamiłowanie do kłucia palców i wyginania pleców w łuk.

Marznę niemiłosiernie. Niedługo zamienię się w kraczącą wronę, w moją ś.p. babcię obleczoną szmatkami, chustkami i gałgankami, albo w starą wiedźmę siedzącą przy piecu i łypiącą spode łba kaprawym okiem. Palce mam blade, chude i lodowate, choć herbata parzy gardło i opuszki.

A propos wron: wczoraj byłam świadkiem przedziwnej sytuacji. Wlokąc się z parku, idąc wzdłuż niewysokiego murku przy galeriowcu (tyle ohydnym co słynnym w całym mieście), usłyszałam głośne karakanie jakby tuż tuż za moim uchem. Wyjrzałam za murek, a tam ogromne, czarne ptaszysko z potężnym stalowym dziobem rozkraczyło się na dachu bordowego „nówka nieśmigana” samochodu i darło się wniebogłosy, w przerwach dziobiąc Bogu ducha winną uszczelkę… Zatrzymałam się i nie dowierzając własnym oczom zastanawiałam się, co powinnam zrobić i czy tak wyglądały Ptaszydła z "Ronji, córki zbójnika". Po chwili dogoniły mnie moje pisklaki i ze śmiechem zaczęły śledzić tę hiczkokowską scenę, a ptaszysko bezczelnie i złowrogo patrzyło im w oczy, aż zażegnałam myśl o ataku na nie badylem z pobliskiego drzewa. Pierwszy raz wystraszyłam się… ptaka. Po głowie latało mi 1000 myśli i wyobraziłam sobie jakąś biedną właścicielkę Peżota ubolewającą nad zniszczonym i podrapanym pazurami dachem, ale widząc zagęszczający się tłumek rozbawionych gapiów wycofałam się po tchórzowsku ciągnąc za sobą dwa małe kaptury.
Utwierdziłam się jednak w niechęci do wron, gawronów i tym podobnych. Jak ja wytrzymam do wiosny?

poniedziałek, 18 października 2010

ZMIANY, ZMIANY


Od kilku dni zawieszam się w myślach między tym, co było, co jest i co będzie. Lawiruję między doświadczeniem, a tym, co mnie czeka. Więc jak to, to już? Nie kiedyśtam, nie w bliżej-nieokreślonej-przyszłości-która-może-nigdy-nie-nadejść? Moje zdziwienie przechodzi w cichą radość, a wszystko, co na razie mam do powiedzenia, to znaki zapytania równo poprzetykane wykrzyknikami. Do głosu dochodzi ta część mnie, którą bardziej lubię, a spokój, który stopniowo mnie wypełnia, przybiera postać przyjemnie falującej linii czasem tylko przechodzącej w złośliwy zygzak niechcianych myśli i obaw: jak wzbogacić tę wieżę o nowy element nie naruszając dotychczasowej konstrukcji? Wyganiam czarne koty z głowy odtwarzając raz po raz poszczególne klatki filmu sprzed 2 i 6 lat, i daję się ponieść cudownej myśli, że jestem jak trzcina na wietrze, silniejsza niż sugeruje odbicie i bardziej giętka niż nakazuje przyzwoitość. Chaotyczna i kanciasta powierzchowność znów staje się harmonijną obłością.

poniedziałek, 11 października 2010

MAM ZA SWOJE




Od wczoraj łupie mnie w kościach. Głowa jak gliniany garnczek Pauliny z pieczonymi ziemniakami w środku, po plecach gra mi ktoś lodowatymi palcami. Chodzę skulona, otulona kocem, szur-szur kapciami, gdzie te cholerne chusteczki?! Mam nauczkę za to, że zachciało mi się robić bańki mydlane do nieba i łapać ostatnie promienie słońca.

A niech tam! Na przekór wszystkiemu w środku i tak kwiatki, piórka, fajerwerki

sobota, 9 października 2010

JESIEŃ?





Jeszcze trochę słońca. Chwytam je łapczywie od rana, chłonę każdą cząstką siebie. Wdycham mroźne powietrze i udaję, że nie dotyczy mnie to, co nieuniknione: zgrabiałe palce, przemoczone buty, łupanie w kościach i omijanie luster szerokim łukiem. Wyciąganie golfów z szaf a koców z tapczanów i rozpaczliwe naciąganie ich pod samą brodę w środku nocy. Poprawianie stanu ducha gorącą czekoladą i barwnymi nitkami na kanwie.
Póki co, zbieram rdzawe kasztany i próbuję ignorować natrętne ptaszyska w żałobnych kubrakach. Tak bardzo nie chcę przyjąć do wiadomości, że to już październik. Tylko ten deszcz żółtych serduszek za oknem, ilekroć opieram łokcie na parapecie...

czwartek, 7 października 2010

UWIELBIAM PORANKI


Nie żeby było ze mną coś nie tak.
Uwielbiam pierwsze promienie słońca tańczące po ścianie starej oficyny, głaszczące zmarszczki i blizny odpadającego tynku, pieszczące chropowatość faktury niczym troskliwa córka pochylona nad schorowaną matką. Uwielbiam cichy szmer przechodzący stopniowo w jednostajne brzmienie, będące wyrazem budzącego się miejskiego zgiełku. Pojedyncze postaci wypełzają ze swoich nor, wylewają się stopniowo na ulice, najpierw ospale, półsennie, nakręcają się z każdym krokiem, by dać się wciągnąć w rutynową całodzienną gonitwę. Lubię patrzeć, gdy jeszcze tak bardzo ludzkie w swojej bezradności, zaspaniu, rozwianych włosach i niezawiązanych krawatach, drapią zapamiętale szyby samochodów.
Najbardziej jednak lubię spotkanie dwóch dusz, gdy umysły jeszcze śpią a ciała mechanicznie wykonują swoje dawno wyuczone poranne czynności, od prostych do coraz bardziej złożonych, by móc bez wstydu wtopić się w sunący orszak. Ciepłe, pachnące snem sześcioletnie ręce oplatają moją szyję, gdy wsuwam palce w nastroszoną czuprynę, i słodkie rozczarowanie, gdy zamiast pieśni powitalnej wprost do ucha, słyszę: „zrobisz mi kakao?…”
Dwa kwadranse później posuwamy się już ręka w rękę, ramię w pas, noga za nogą zatopieni w rozmowie, zaabsorbowani kamieniem podskakującym między naszymi krokami, roześmiani, zajęci planami na dziś, na jutro, na lato 2011, na podróż w kosmos za lat dwadzieścia, „ale mamo, czy ten pies, którego jeszcze nie mamy, czy zmieści się razem z nami?”
Jak dobrze móc tak iść pół kroku w tyle za barwną falą i kontemplować chwile sam na sam z umysłem nieskażonym życiowym doświadczeniem, bez przerośniętego ego, bez irracjonalnych lęków i uprzedzeń, i po prostu trwać, uczyć się, chłonąć…

I jak tu nie lubić poranków?

środa, 6 października 2010

RUSZYŁO MNIE

Jaśnie Pan na włościach



A myślałam, że już nic, że niewiele jest w stanie wzbudzić moje zdziwienie, niesmak, wewnętrzne veto, a jednak.
Rusza mnie widok dwóch kresek upublicznionych do granic możliwości na portalu społecznościowym. Rusza mnie zdjęcie USG, wyżymane ze swojej tajemniczości, wyrwane z intymnej chwili, by wszyscy życzliwi i nie, mogli „cieszyć się” razem z nami. Rusza mnie zakrwawione dziecię łapiące pierwszy oddech, zaciskające opuchnięte powieki w błysku flesza. Gdzie jest granica? Nie wiem. Ale wiem, że pora odejść

A wokół mnie zimno. Może to stąd ten sceptycyzm? Syrena wyje jak zwykle.
Już nie budzi we mnie strachu o czyjeś życie, w przeciwnym razie musiałabym zamierać w bezruchu co kilkanaście minut

Nie wyrywa mnie nawet z zamyślenia nad ciepłym popołudniem, gdy ruszyliśmy ferajną wgłąb obornickich lasów w poszukiwaniu ciszy, zgniłej zieleni, ochry i złocistych brązów.
Nie spiesz się zimo, my jeszcze nie gotowi do snu