Nie było mnie ciut ponad miesiąc, a tu takie zmiany.
Nowa szata graficzna czy jak to się pięknie zwie, nowe okna, ikony, rozmieszczenie na stronie. Wszystko inne i niby lepsze, ale znowu się człowieku przyzwyczajaj i ucz, skoro czasu masz nadmiar i przed komputerem go notorycznie marnujesz. A ja taki niereformowalny staroświecki przypadek jestem, że lubię przywiązywać się do starego, znanego i niedoskonałego. Od lat więc wymieniam steraną, poczciwą nokię na nową, ale równie poczciwą, bez szmerów-bajerów, ekranów dotykowych z aparatem, kamerą, faksem i drukarką, depilatorem, ekspresem do kawy, prostownicą do włosów, lewarkiem i Bóg-wie-czym-jeszcze w jednym. Jak tu się teraz odnaleźć?
Gdyby tego było mało, dwa tygodnie temu ciężko rozchorował się mój zaniedbany pecet mszcząc się za miesiące lekceważenia braków w elektronicznej apteczce, których to uzupełnienie i uaktualnienie ciągle odkładałam na jutro. Gdy go rozłożyło to juz na dobre. Kilka dni hospitalizacji i wrócił, biedaczek, niby zdrowszy, ale jakiś taki osowiały, jakby skrywał wstydliwą tajemnicę, i okazało się, że efektem ubocznym terapii było wyzerowanie jego pamięci, a więc wszelkich prywatnych danych - setek zdjęć, projektów, zapisków, ulubionych stron internetowych, którymi się z nim dzieliłam od kilku lat. Przepadło jak kamień w wodę.
Poza tym jednak wydarzyło się też sporo dobrego.
Moje rozżalenie i rozczarowanie Bardzo Ważną Osobą znalazło wreszcie ujście, choć bulgotało we mnie złowieszczo od miesięcy. Nareszcie jednak doszło do erupcji całej nagromadzonej żółci, wylałam to wszystko z siebie aż do dna i co najważniejsze, odniosłam wrażenie, że tąpnęło w marsjańskim betonowym sklepieniu tejże. Teraz czekam na wykiełkowanie pomysłu na wyjście z niekomfortowej sytuacji; pomysłu, który od dawna chodzi mi po głowie, a do autorstwa którego przyznać się nie mogę.
Starsze pisklęta znalazły nową wspólną przestrzeń którą jest gra w szachy - ledwo minie południe, a po trzaśnięciu drzwi i głuchym uderzeniu teczki o podłogę rozpoczyna się taniec drewnianych figur po szachownicy, ja natomiast nadziwić się nie mogę ciszy nie będącej ani zwiastunem awantury, ani przykrywką dla tajnej działalności wystawiającej moją rodzicielską tolerancję na próbę.
Nawet rosnące widmo dwóch sporych kościelno-rodzinnych imprez, których gospodynią mam wątpliwą przyjemność być ja, przestało mi spędzać sen z powiek, co zakrawa na jawne szaleństwo pomieszane z całkowitym brakiem wyobraźni i nieznajomością praw Murphy'ego.
Chyba wiosna zaczyna uderzać mi do głowy. Idzie dobre!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz