piątek, 15 marca 2013

MARCOWO GARNCOWO

Ten marzec naprawdę daje popalić. Końca zimy nie widać, depresja zimowa staje się jakąś dolegliwością narodową. Wszyscy jak jeden mąż mają dość. Ale chyba nikt aż tak bardzo, jak ja.
Poszukuję wciąż siebie. Siebie z przed. Chociażby z przed roku, gdy umiałam cieszyć się szczęściem i pławić w nim, mimo zmęczenia. A może to zmęczenie było jego źródłem, nie wiem. Gdy karuzela spowalnia, wynajduję wyimaginowane problemy. Głupia.

Gniazdowanie wymuszone pogodą potęguje poczucie monotonii i słabości. Ja jestem uzależniona od słońca i od mocowania się z rzeczywistością. Pełnę ręce roboty do zatracenia to chyba mój lek na chandrę. Jednak rytm dnia małego pisklaka i obowiązki szkolne najstarszego determinują codzienne plany i ograniczają ilość ruchów. Na pociesznie oglądam widoki z  miejsc skąpanych w słońcu i marzę, żeby dokonać rewolucji: zwinąć majdan, dzieci pod pachę i ruszyć tam, gdzie śnieg pada tylko w bożonarodzeniowych bajkach.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz