Wiosenna wycieczka do zamku na wodzie pomału staje się naszą tradycją. Cała zimę czekałam na ten dzień. Może powinniśmy topić Marzannę w wojnowickiej fosie? Nie spodobałoby się to miejscowym kaczkom, które, niby obojętne, kątem oka łapczywie wypatrują u nas czerstwych okruchów.
Nasze osobiste pisklęta plus jedno wyrośnięte, przysposobione na ten dzień, wychodziły z siebie równie radośnie jak z puchowych kurtek i polarowych czap. Efektem wychodzenia z siebie jest jedno stłuczone kolano, ubłocone po kostki buty, obwódki wokół paznokci (sic!) i trzy pary rozradowanych, błyszczących ślepi. Podobno dzieci dzielą się na czyste i na szczęśliwe. To nasze dziś po prostu nurzały się w szczęściu, choć i tak nie był to szczyt ich możliwości.
Odurzeni przejrzystym, wilgotnym powietrzem, śpiewem ptaków, ciepłymi podmuchami i błogostanem myśli, wróciliśmy do domu, aby dostać obuchem w łeb. Konkretnie ja i konkretnie w sam środek. Telefon z gądowskiego obozu wytrącił mnie z równowagi i zburzył spokój budowany przez całą niedzielę, przerodził się w wewnętrzną trzęsawkę i skołtunił wszystkie nitki w głowie, które tak skrupulatnie rozplątywałam w ostatnim czasie, gładziłam i nawijałam na zgrabne moteczki. Myślałam, że każdy już znalazł swoje miejsce i że mogę zasiąść do wyplatania nowego, barwnego i równiutkiego światopoglądu na temat tego, co dzieje się w pokrętnej relacji najbliższych mi osób. Nic z tego. Budowla runęła a opadający pył jeszcze długo będzie szczypał mnie w oczy
dasz radę, nie pękaj:*
OdpowiedzUsuńKto tu pęka, no kto? Ja??? :)
OdpowiedzUsuń