Nie wiem, czy potrafię zrozumieć pobudki osób, które zostają pediatrami i zatrudniają się w jedynym w województwie szpitalu dziecięcym, aby traktować chore, wymęczone, rozpalone gorączką maluchy jak porcje mięcha na ladzie. „Nie zaciskaj ręki bo palec ci urwę i jak będziesz wyglądać” rzucone podczas pobierania krwi to na pewno nie jest sposób na nawiązanie współpracy z przerażonym trzylatkiem wczepionym w moją bluzkę i starającym się stopić z jej fakturą. („Głowę sobie urwij, paniusiu” grzęźnie mi gulą w gardle gdy zauważam wzrok męża-przyczajonego aligatora, i modlę się aby w porę opanował instynkt). Druga pani szybko ubierająca maskę i foliowe rękawiczki „bo ciągle od tych dzieci coś łapie” i jeszcze jedna, siłowo otwierająca małe zaciśnięte usta nazywając je paszczą nie poprawiają wrażenia zrobionego przez koleżankę. W efekcie stres sięga zenitu, pisklak zanosi się od płaczu a krew z malutkiego palca krzepnie i potrzebne są kolejne kłucia. W międzyczasie: serdeczna wymiana życzeń wielkanocnych z koleżanką schodzącą z dyżuru, konsultacja w sprawie świeżoprzyjętego „chłopca z jedynki” o dziwnym nazwisku i krótka rozprawa nad tymże, telefon od pacjentki z Polanicy z natychmiastową zmianą tonu na pretensjonalny, nerwowe śledztwo w sprawie niewyraźnego numeru REGON na jakiejś pieczątce. I papiery, papiery, papiery. A ty siedź człowieku, niemy paprochu z bombą zegarową w środku i delektuj się swoją bezsilnością wobec władzy zblazowanych przedstawicielek służby zdrowia. Władzy, której podważenie może zaważyć na zdrowiu małej istoty i zniweczyć sens świątecznego popołudnia spędzonego w psychodelicznej poczekalni
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz