Trudno wrócić po kilku dniach nieważkości umysłu do świata wielkomiejskiej cywilizacji, elektronicznej sieci, telewizji, fotek, plotek i durnotek. W głowie wciąż zielone obrazy, ruchy spowolnione brakiem musu i parę nowych bąbli na ciele, żeby nie było tak idealnie. Wciąż gniotę w sobie i rozprostowuję de ja vu – czy byłam już w tamtym miejscu wieki temu z domem w plecaku, czy to tylko podobieństwo okolicy i czysty przypadek. Nie mogę dojść. I w jakim stanie wtedy byłam, że nie kojarzę oczywistych punktów odniesienia – w stanie szczenięco-głupiego upojenia czy zakochania. Pamiętam tylko deszcz, plażę i ognisko. Dziś po plaży ani śladu, a jednak coś nie daje mi spokoju, wszak lata zaniedbań mogły sprawić, że woda upomniała się o swoje, wykradła sprytnie teren kawałek po kawałku pokrywając go szuwarami, rzęsą i mchem.
Pięknie Ci musiało być:) ale wczorajszy śnieg mógł rozbudzić najbardziej rozanielonych słońcem, co? Kostucha zafajdana.
OdpowiedzUsuńHa, no własnie wczorajszy śnieg trafem jakims nas ominął. Nie było dane nam zobaczyć ani płatka :) Do popołudnia TAM ostre słońce! A gdy wrócilim do domu, po śniegu już ani sladu
OdpowiedzUsuń