Od prawie tygodnia chodzi za mną smutny wzrok ośmiolatki porzuconej przez kobietę zwaną jej matką, oraz babkę, zwaną matką zastępczą, która, zgarnąwszy wszelkie możliwe zasiłki z racji pełnionej funkcji, wyemigrowała z życia małej na Wyspy i zerwała wszelki kontakt.
W tym roku na własne oczy widziałam dramat małej istoty kryjący się za zaciśniętymi wargami, gdy przyciskała do sukienki wymiętoszoną laurkę na Dzień Matki, zapewne w nadziei, że stanie się cud i będzie miała komu ją podarować. Cudu jednak nie było - nie było matki, babki, dziadka ani jego nowej ukochanej, nie było żadnej cioci, znajomej ani nikogo, komu L. byłaby nieobojętna. Były za to te wielkie smutne oczy i wytrenowany uśmiech, gdy koleżanki i koledzy z piskiem rzucili się na szyje swoich rodziców po szkolnej akademii. I widok ten będzie mnie już chyba prześladował i dręczył do końca życia, ilekroć spojrzę na mój własny portret stworzony przez najukochańsze siedmioletnie ręce
O Boże ... No i co można zrobić? Bezradność taka.
OdpowiedzUsuńTak, ta bezradność jest straszna
OdpowiedzUsuńBardzo smutno.
OdpowiedzUsuń