Idąc za ciosem, dziś druga odsłona zupy dyniowej. Tym razem wersja mleczna: słodka, waniliowo-cynamonowa, zaszczepiona we mnie przez panią z warzywniaka.

Słońce jako zakładnik na talerzu to jeden z niewielu pozytywnych akcentów dnia dzisiejszego. Właściwie chwila oddechu i skupienia na banale wśród niepokojów i bieganiny pomiędzy dwoma tapczanikami a kołyską - z łyżką, syropem, chustką, nebulizatorem, kapciami, misiem, książką, uśmiechem, bezsnem i bezsensem, a może wiarą sens jednak. Tik-tak, tik-tak. Może jutro będzie lepiej. Może najmniejszy skrzat okaże się najsilniejszy, pokaże choróbsku pulchny środkowy paluszek. Może.
Słońce jako zakładnik na talerzu to jeden z niewielu pozytywnych akcentów dnia dzisiejszego. Właściwie chwila oddechu i skupienia na banale wśród niepokojów i bieganiny pomiędzy dwoma tapczanikami a kołyską - z łyżką, syropem, chustką, nebulizatorem, kapciami, misiem, książką, uśmiechem, bezsnem i bezsensem, a może wiarą sens jednak. Tik-tak, tik-tak. Może jutro będzie lepiej. Może najmniejszy skrzat okaże się najsilniejszy, pokaże choróbsku pulchny środkowy paluszek. Może.
Taka pora teraz. M. też w domu siedzi, tym razem chory na gardło. To mija, nie martw się, Mama.
OdpowiedzUsuńZupka wygląda miodzio.
U mnie najgorsze, że ja sama jak to dziecię nieopierzone zaraz dołączam do drużyny cherlaków, ba, przewodzić zaczynam i wydajność drastycznie mi spada. Zero odporności mam i co roku to samo :(
OdpowiedzUsuń