Nadchodzące święta miały być całkiem inne.
Po weryfikacji planów górsko-morsko-wyjazdowych stanęło jednak na tym, że znów będzie jak co roku: domowo, plotkarsko i tak jak ”wypada”.
Biały puszek na betonie przed oknem i na dachu samochodu sąsiada dał dziś daremną nadzieję, że w końcu poczuję magię tego czasu. Po południu biały dywan zamienił się w kałuże, w których, jak w tysiącach lusterek, odbijały się świąteczne ozdoby ulicznych latarni.
Coraz trudniej przychodzi mi wzbicie się ponad materialny wymiar świąt. Nie wiem, czy mój wiek ma tu coś do rzeczy, czy czasy nastawione na to, żeby było szybciej, głośniej i efektowniej. Jakoś nie umiem się w tym odnaleźć, jakbym nie do końca pasowała do tego świata.
W moim świecie święta to białe pagórki, choinki w śniegowych czapach, żółte światełka okien w ciemności, ślad sanek na grubej warstwie puchu, dźwięk kościelnych dzwonów i wszystko to, co nieosiągalne w sercu dużego miasta między jedną galerią a drugą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz