Dni płyną jeden za drugim, zimy nadal nie widać, wiosenne myśli pomalutku zaczynają kiełkować we mnie jak nasionka lnu na parapecie. Przeglądam kartki kalendarza, niecierpliwymi krzyżykami poganiam czarne i czerwone cyfry.
Pisklęta obrastają w piórka, czubią się i lubią; najmniejsze rozpędza się w eksplorowaniu otaczającego świata, co na tym etapie daje jeszcze radość większą niż utrapienie.
Zaczynam nieśmiało zerkać w stronę tamborka, już tęsknię, już korci mnie, żeby choć parę chwil wieczornych poświęcić na ulubioną dłubaninę. Usypiając, widzę kolejne wzory w oprawach, na ścianach i na stołach, aż boję się, że gdy znów zanurzę się w ich świecie, zatracę się w nim kosztem innych, ważniejszych spraw.
Radość przynoszą mi spotkania z Młodszą, smuci zaś rozmijanie się z A. i M. oraz to, że ostatnio ciągle jakoś nam nie po drodze. Mam złość na siebie, że zajęta swoimi najbliższymi tak niewiele czasu i uwagi mam teraz do zaoferowania przyjaciółkom. Jednocześnie wiem, że to naturalny, przejściowy stan i czuję wdzięczność, że w mądrości swojej nie oczekują ode mnie dwojenia się i trojenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz