Nijak nie mogę wpisać się w zbiorową tendencję do narzekania na mróz i wygrażania pięścią zimie, która wsunęła stopę między zamykające się za nią drzwi a futrynę. Słońce ozłaca budynki, zimno jest, ale nie przeszywa wilgocią, a piece wreszcie (!) napełniły brzuchy czarnymi bryłami. Mało brakowało a ta zima minęłaby im na przymusowej diecie składającej się z drewnianych budowlanych resztek. Osobisty mój Janosik hartuje ciało i umysł w codziennym porannym biegu z pisklakiem do świątyni wiedzy, pozwalając mi złapać jeszcze odrobinę snu przed nabraniem rozpędu. Wydolność czasową obojga wspaniałomyślnie pominę milczeniem. Podobno najgorzej jest mieszkać blisko i mieć poczucie, że zawsze się zdąży.
Uświadomiłam sobie ostatnio, że noszę w sobie garść obrazów z przeszłości, które, choć bolesne, wspominam z rzewnością i których bardziej nie chcę niż nie potrafię wyrzucić z pamięci. Zakrawa to na masochizm, gdy nastaje czas, że wywlekam je z najgłębszych zakamarków umysłu, otrzepuję z kurzu i oglądam pod światło z każdej strony. Przeniesienie się na jeden wieczór w inną rzeczywistość, powrót do poprzedniego tomu i wczytanie się w jego rozdziały przynosi mi niesamowite uczucie oczyszczenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz