Około dwóch miesięcy temu obejrzałam w telewizji film dokumentalny pt.
„Magda, miłość i rak”.
Główna bohaterka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Dawno
nie spotkałam osoby tak pięknej zarówno fizycznie jak i duchowo. Mądra,
spokojna, uparta, uśmiechnięta, lecz z uśmiechem w moim odczuciu nieco smutnym,
właściwym osobom, które widzą więcej, czują głębiej, które przeszły zbyt wiele.
Historia Magdy była podwójnie wzruszająca – dziewczyna, u
której zdiagnozowano rozsianego raka piersi, zakochała się na zabój i dowiedziała
się, że jest w ciąży. Wbrew radom wielu lekarzy postanowiła zaryzykować i
urodzić dziecko. Udało się: mimo chemioterapii na świat przyszedł upragniony,
zdrowy synek.
Walka Magdy z chorobą
nabrała nowego wymiaru, sama Magda – potężnego kopa do walki o siebie. Założyła
fundację pomagającą chorym kobietom uporać się z chorobą, nauczyć nietraktowania
raka jak wyroku. Pomagała innym jak tylko mogła i była żywym świadectwem, że z
tą straszną chorobą też da się żyć, da się być szczęśliwym.
Parę tygodni temu oglądałam kolejny wywiad z Nią. Jak zwykle
wyglądała i mówiła pięknie. Niestety, miłość Jej życia odeszła, został pięcioletni synek i
choroba. Przeszła obustronną mastektomię, 9 chemioterapii, planowała wyjazd do
Chin w celu dalszego leczenia. Choroba wracała, a dzielna Mama, moja
rówieśniczka (!), za każdym razem brała się z nią za bary i nie odpuszczała.
Wczoraj dowiedziałam się, że przegrała. Odeszła w zeszły piątek, w wieku 34 lat, po 8 latach życia i zmagań z rakiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz