Sen dziś miałam przedziwny. Rozczarowujący jak twarda łuska ze środka jabłka, gdy usta pełne bajecznej szarlotki.
Rzecz dzieje się w wielkim mieszkaniu pewnej realnej osoby płci żeńskiej, na której opis poświęcić wypadałoby osobny blog, dość więc napisać, że nie darzyła mię sympatią i był czas, kiedy skutecznie i z lubością odbierała mi radość życia.
Otóż w śnie moim, po latach, jakimś trafem spędzamy oczyszczający atmosferę wieczór, kiedy to okazuje się, że wszystkie stare żale i niesnaski można już obśmiać, przykrości puścić w niepamięć, odkryć braterstwo dusz i zachłysnąć się odnowioną znajomością.
Z jakiegoś powodu nocuję w jednym z pustych bielonych pokoi gospodyni; śpię snem sprawiedliwego, z ogromną ulgą w sercu i uśmiechem na twarzy, bo ciągnące się latami nieporozumienia dały się we znaki i wykiełkowały srebrnymi nitkami na skroniach.
Gdy rano staję przed lustrem, doznaję szoku, odkrywając, że mam postrzępione, wycięte miejscami do skóry włosy, ubrania podziurawione wiszą na krześle, a gospodyni zerka ukradkiem przez szparę w drzwiach i aż puchnie z satysfakcji, jak naiwną idiotkę udało się jej ze mnie zrobić.
Ha! Stąd morał moje dziatki: lepszy wróg prawdziwy niż przyjaciel fałszywy – ot, co chodzi mi dziś natrętnie po rozgrzanej głowie
O matko sałatko!
OdpowiedzUsuńTy musisz drzwi na noc zamykać w tych snach swoich.
mmmm, smaczne to jedzenie. U mnie leczo.
Buziaki