
Taki byle blaszany dzbanek. Widzę go na węglowej kuchni mojej Babci, gdy grzeje się w nim herbata. Obok na rozgrzanej płycie przypalają się bałabuchy – chrupiące placki a la podpłomyk, których zapach i smak czuję natychmiast gdy zamknę oczy, ale doprawione bolesną świadomością, że już nigdy nie poczuję ich fizycznie. Niestety, receptę Babcia zabrała ze sobą w niebyt… Tak bardzo chciałabym „ocalić je od zapomnienia”, podobnie jak niepowtarzalny smak ucieranych ręcznie lodów waniliowych, podawanych zawsze w brązowych art-decowskich filiżankach. Na nic google i miliony stron kulinarnych, na nic przepisy Mamy, ciotek-klotek, znajomych i nieznajomych: o bałabuchach nikt nie słyszał, lodów mojej Babci nikt zrobić nie umie. To znaczy nie takie, a o te jedyne mi chodzi. Oj Babciu Sawerko, nie było czasu pytać o takie rzeczy, gdy wybiła Twoja godzina, a teraz śmiejesz się ze mnie, aż Ci okulary podskakują…
Przynajmniej dzbanek blaszany znalazłam wśród internetowych staroci i może w końcu uda mi się uszczęśliwić dziewczynkę we mnie, będę oko cieszyć wspomnieniami.
pamiętam takie dzbanki z ...pielgrzymek do Częstochowy.
OdpowiedzUsuńSą stajlisz! Un tera furore robi na salonach, znaczy, modny się zrobił. A linia - fakt - przepiękna! Chyba wylądowal nawet w podręczniku designu.
OdpowiedzUsuńUuu to ja w błogiej nieświadomości stajlisz się robię! I trendi i dżezi też chciałabym być, tylko jak?
OdpowiedzUsuń