wtorek, 22 listopada 2011

POMALUTKU





Znów rzeczy dzieją się jakby poza mną, gdzieś obok.

Ponieważ nie mam w zwyczaju zwiedzać galerii i centrów handlowych, nastrój świąteczny zaczyna wlewać się do mojej świadomości cieniutkim zielono-purpurowym strumyczkiem, czyli tak jak lubię najbardziej. Dziś na przykład zauważyłam zamontowane przez świąteczne elfy zapewne ozdoby na ulicznych latarniach. Są jeszcze szare i przypominają raczej najeżoną szkłem plątaninę kabli, ale już cieszy mnie myśl o tym, jak efektownie oświetlą miasto w dniu 6 grudnia.

Sztuczne choinki, łańcuchy, aniołki i bombki nie atakują mnie na razie w krzykliwej obfitości ze wszystkich stron i nie wiem, czy to gawiedź miejska poszła wreszcie po rozum do głowy, czy to działa moja nieuświadomiona do końca taktyka omijania strategicznych marketingowo miejsc. Niemniej domowe wieczory zaczyna wypełniać (jakże rzadka!) cisza i skupienie towarzyszące przelewaniu na papier dziecięcych marzeń, przetwarzanych w koślawe słowa, schematy, rysunki i instrukcje.

Ja w tym roku zamierzam poprosić Białobrodego o jedną, długą, pięknie zapakowaną, cichą i spokojną… noc. Taką przespaną od zmierzchu do świtu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz