Jeszcze trochę słońca. Chwytam je łapczywie od rana, chłonę każdą cząstką siebie. Wdycham mroźne powietrze i udaję, że nie dotyczy mnie to, co nieuniknione: zgrabiałe palce, przemoczone buty, łupanie w kościach i omijanie luster szerokim łukiem. Wyciąganie golfów z szaf a koców z tapczanów i rozpaczliwe naciąganie ich pod samą brodę w środku nocy. Poprawianie stanu ducha gorącą czekoladą i barwnymi nitkami na kanwie.
Póki co, zbieram rdzawe kasztany i próbuję ignorować natrętne ptaszyska w żałobnych kubrakach. Tak bardzo nie chcę przyjąć do wiadomości, że to już październik. Tylko ten deszcz żółtych serduszek za oknem, ilekroć opieram łokcie na parapecie...
ech, niestety, moja droga, dzisiaj skrobałam szron z szyby, nienawidzę tej białej kostuchy
OdpowiedzUsuń