sobota, 9 października 2010

JESIEŃ?





Jeszcze trochę słońca. Chwytam je łapczywie od rana, chłonę każdą cząstką siebie. Wdycham mroźne powietrze i udaję, że nie dotyczy mnie to, co nieuniknione: zgrabiałe palce, przemoczone buty, łupanie w kościach i omijanie luster szerokim łukiem. Wyciąganie golfów z szaf a koców z tapczanów i rozpaczliwe naciąganie ich pod samą brodę w środku nocy. Poprawianie stanu ducha gorącą czekoladą i barwnymi nitkami na kanwie.
Póki co, zbieram rdzawe kasztany i próbuję ignorować natrętne ptaszyska w żałobnych kubrakach. Tak bardzo nie chcę przyjąć do wiadomości, że to już październik. Tylko ten deszcz żółtych serduszek za oknem, ilekroć opieram łokcie na parapecie...

1 komentarz:

  1. ech, niestety, moja droga, dzisiaj skrobałam szron z szyby, nienawidzę tej białej kostuchy

    OdpowiedzUsuń