czwartek, 7 października 2010

UWIELBIAM PORANKI


Nie żeby było ze mną coś nie tak.
Uwielbiam pierwsze promienie słońca tańczące po ścianie starej oficyny, głaszczące zmarszczki i blizny odpadającego tynku, pieszczące chropowatość faktury niczym troskliwa córka pochylona nad schorowaną matką. Uwielbiam cichy szmer przechodzący stopniowo w jednostajne brzmienie, będące wyrazem budzącego się miejskiego zgiełku. Pojedyncze postaci wypełzają ze swoich nor, wylewają się stopniowo na ulice, najpierw ospale, półsennie, nakręcają się z każdym krokiem, by dać się wciągnąć w rutynową całodzienną gonitwę. Lubię patrzeć, gdy jeszcze tak bardzo ludzkie w swojej bezradności, zaspaniu, rozwianych włosach i niezawiązanych krawatach, drapią zapamiętale szyby samochodów.
Najbardziej jednak lubię spotkanie dwóch dusz, gdy umysły jeszcze śpią a ciała mechanicznie wykonują swoje dawno wyuczone poranne czynności, od prostych do coraz bardziej złożonych, by móc bez wstydu wtopić się w sunący orszak. Ciepłe, pachnące snem sześcioletnie ręce oplatają moją szyję, gdy wsuwam palce w nastroszoną czuprynę, i słodkie rozczarowanie, gdy zamiast pieśni powitalnej wprost do ucha, słyszę: „zrobisz mi kakao?…”
Dwa kwadranse później posuwamy się już ręka w rękę, ramię w pas, noga za nogą zatopieni w rozmowie, zaabsorbowani kamieniem podskakującym między naszymi krokami, roześmiani, zajęci planami na dziś, na jutro, na lato 2011, na podróż w kosmos za lat dwadzieścia, „ale mamo, czy ten pies, którego jeszcze nie mamy, czy zmieści się razem z nami?”
Jak dobrze móc tak iść pół kroku w tyle za barwną falą i kontemplować chwile sam na sam z umysłem nieskażonym życiowym doświadczeniem, bez przerośniętego ego, bez irracjonalnych lęków i uprzedzeń, i po prostu trwać, uczyć się, chłonąć…

I jak tu nie lubić poranków?

1 komentarz:

  1. fajny czas, z wiekiem się kurczy coraz bardziej, gonitwa nie pozwala, a może tylko leń.

    OdpowiedzUsuń