Pięć dni mojego słomianego wdowieństwa i słomianego jedynactwa kociaka dobiega końca. I dobrze: tyle wystarczyło, żeby okrzepnąć i wrócić do pionu, żeby zatęsknić za wrzawą i przepychankami. Barwne bawełniane Himalaje poznikały z blatów i siedzisk, zdematerializowały się okruszki ciastek i strzępki papierków, gazet, ołówkowych obrzynek. Udało mi się nawet posłuchać paru zakurzonych płyt, poprzeglądać programy do tworzenia znaków wodnych i ponicnierobic w towarzystwie miłego niespodziewanego gościa.
Ogromne krople walą w okna, niebo pohukuje złowrogo, a dwa zmokłe wróble skuliły się w kątku pod balkonem sąsiadów i zapatrzone w siebie nawzajem ćwierkają jak zakochane nastolatki nic sobie nie robiąc z mojego nosa przyklejonego do szyby.
Jutro znów wskoczę na rozpędzoną karuzelę i będę próbowała wyłowić jakiś obraz, jakąś myśl z rozmazanych wirujących plam
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz