piątek, 29 lipca 2011

W BIEGU

Jaka szkoda, że doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny! Wziąć wałek i rozciągnąć ją o drugie tyle, albo podsypać drożdżami, podlać ciepłym mlekiem z cukrem i niech puchnie, niech rośnie ile się da! Może znalazłoby się miejsce w szalonej mozaice i na sen, i na gazetę, i na telefon do Bliskiej Osoby bez poczucia ograbiania kogoś kruchego z bardzo ważnej dla niego chwili. Najgorsze są ciągłe wybory tego-co-najpilniejsze, gdy w głowie ogonek zadań, a każde niecierpiące zwłoki. Bezwzględnym jurorem jest poczucie krzywdy małego człowieka – nie da się z nim dogadać przed wejściem na salę

Czas nieubłaganie cieknie jak przez dziurawe sito, wciąż patrzę i nie dowierzam, w jak odległym punkcie jestem od tego, co zamierzałam. Więc szybciej, szybciej! Na połamanie nóg, nie oglądaj się, tu uśmiech, tam krzepiący uścisk, kilka zdań o parę decybeli za głośno - niepotrzebnie, ale po co powtarzać dwa razy, kiedy można w tym samym czasie…

.

.

.

.

.

A tamborek usycha z tęsknoty

A sercowy patchwork wywrócony na lewą stronę zamarł w naburmuszonym bezruchu

Wcisnął się w najciemniejszy kąt drewnianej skrzyni


Tak, ja doskonale wiem, co to znaczy obetrzeć ukradkiem kącik oka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz