Jak dziwne i przewrotne jest to, że im starsza jestem, a więc, wydawałoby się, bardziej doświadczona, rozsądna i pragmatyczna, tym bardziej moja filozofia życia skłania się ku tej młodzieńczej. A dokładniej – coraz bardziej odległe i bezsensowne wydaje mi się skupianie na przyszłości i robienie czegokolwiek tylko po to, aby kiedyś było lepiej. Otóż, coraz częściej łapię się na myśleniu, że przecież to bliżej nieokreślone kiedyś może nigdy nie nadejść, a owo lepiej powinno odnosić się do tu i teraz. Być może to siła mediów i ich lubość w ukazywaniu ludzkich tragedii, których i tak wokół niemało, wywołuje we mnie takie a nie inne przemyślenia i nastroje. Coraz częściej w duchu dziękuję losowi za kolejny dzień mojego życia spędzony w otoczeniu fantastycznych, ważnych dla mnie osób i żywię nieśmiałą nadzieję, że następny wzbudzi we mnie podobne odczucia, oraz, że sprawi, iż znów wieczorem położę głowę na poduszce z poczuciem spokoju, satysfakcji i spełnienia. Odbija mi?
Nie:) Dobrze godosz, matko
OdpowiedzUsuń