Nerwowo dziś. Czasem tak jest, że od rana wszystko idzie nie tak jak powinno. Wystarczy jeden telefon od młodziutkiej pani, co to o realnym życiu wie tyle ile usłyszy podczas uzupełniania żelowych tipsów, farbowania odrostów i popijania kawy z koleżankami na modłę „Seksu w wielkim mieście” i śmie wypowiadać się wyniosłym tonem na tematy, które prawdopodobnie nigdy nie będą jej udziałem. A ja, zamiast uodpornić się na urzędniczą bezczelność tudzież głupotę, czuję jak taki robak nadgryza mi tył głowy i majstruje wciąż przy mojej podświadomości wprawiając mnie w nastrój rozdrażnienia. Chwytam więc za telefon, wykręcam parę numerów z kartek i karteluszek i okazuje się, że znowu to ja miałam rację, ale robal już zagnieździł się we mnie na tyle dobrze, że nie da mi spokoju przez kilka następnych dni i nocy.
Grunt to nie dać się, być ponad to. Niech mgła codziennych trosk nie przesłania mi tych nieśmiałych lutowych promieni, które już-już zaczynają wpadać przez okno, zaglądają ciekawie za firankę drwiąc z jej niczym niezmąconej szarości. Tzw. uroki mieszkania w centrum miasta i zainteresowania sąsiadów. Prawdę mówiąc chętnie zdarłabym je wszystkie kilkoma silnymi szarpnięciami i nacieszyła ucho hukiem roztrzaskujących się karniszy. Przegłodna jestem światła w oknach i ciepła w całym ciele. A gdyby tak zamiast szyb wstawić sobie dwumetrowe słoneczne witraże i cieszyć się złotem zalewającym ściany niezależnie od pory dnia i roku?
W sumie niewiele stracisz, a ile zyskasz! Tańsze jednak będą okulary:)
OdpowiedzUsuńGdybym miała aż tyle zyskać, nie wahałabym sie ani chwili... Ale zyskałabym tez widok miejscowych obszczymurków i ich Burków, i wielu innych wątpliwych atrakcyji, od którego próbuje sie odciąć kurtyną z firan i parapetowej flory :)
OdpowiedzUsuń