Tak sobie myślę od wczoraj, jak to dobrze przejrzeć czasem na oczy i docenić to, co się ma. Zakochać się po raz setny, tysięczny, milionowy w tym samym tak cudownie niedoskonałym człowieku. W tych potarganych myślach i nigdy niewypowiedzianych, a wyczekiwanych słowach, w braku gestów na pokaz, w góralskim sercu i takowych kapciach chadzających zawsze własnymi ścieżkami, byle z dala od siebie nawzajem i od właściciela. W czarno-białym widzeniu świata tak różnym od mojego, w optymizmie nastolatka, nad którym już tylko litować się potrafię, bo ręce od dawna załamane; w dziwactwach małych i dużych, których nie sposób ogarnąć rozumem i zliczyć. Bo w sumie to dobrze mam. Goni toto jak szalone od rana do wieczora, a czasem znów do rana tylko po to, żebym mogła wolniej, dogłębniej, spokojniej, cierpliwiej. Ledwo zauważam, że chleb znowu sam pojawił się w chlebaku, że piwnica pogłębiła się o pół metra bez niczyjej łaski, pomimo, że dzień wyglądał tak samo jak poprzedni, a niewidzialna ręka znów przykryła kocięta nad ranem, gdy spałam odwrócona tyłem do matczynych obowiązków. I jeszcze to „tu masz sweter, bo znowu zmarzniesz w kościele” rzucone razem z zawiniątkiem, albo chodzenie na palcach, gdy śpię pod sufitem, a czego sama od ponad ćwierćwiecza nauczyć się nie mogę. Czym wobec tego wszystkiego jest wspólne czytanie wierszy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz