środa, 15 czerwca 2011

TYKANIE... I NIC

Nerwowo jakoś od paru dni. Ciekawe, dlaczego?

Skrajne emocje kumulują się i odbijają rykoszetem od seledynowych ścian, choć zieleń podobno uspokaja. Trafiają na każdego, kto się pojawi w zasięgu mojego wzroku. Niedobrze mieć bombę zegarową w głowie, wsłuchiwać się w jej tykanie. Najlepiej nie czekać, nie myśleć, działać! Ale pole działania coraz bardziej ograniczone przez ociężałą fizyczność i armię palców pukających się w czoło - że jak to tak, że niepoważnie, że nierozsądnie, po prostu bez wyobraźni. Że może być różnie i lepiej nie szarżować. Nawet buty się zbu(n)towały i odmawiają gładkiego wślizgu na dziwnie obce, nieforemne kończyny.



środa, 8 czerwca 2011

NASZA STOPA ŻYCIOWA






...czyli jak z niczego robi się dobrą zabawę :)


sobota, 4 czerwca 2011

NOSTALGICZNIE

W wolnej chwili przeglądam blogi tych, którzy już osiągnęli to, do czego dążę. To moje dążenie bywa nużące, przerywane różnymi zdarzeniami i ludzką nieżyczliwością, ale chyba najważniejsze, że wciąż jest, nie usycha, wciąż nakręca każdy dzień. Podpatrywanie, jak innym się udało daje siłę, nadzieję i chęć do dalszych zmagań.


Stara stodoła wciąż czeka na zburzenie, a mi żal, tyle ma uroku. Ile kryjówek ma w sobie, jak wiele widziała! Karłowata wierzba zapłacze się przecież na śmierć




Rzeka udaje, że nie słyszy, co ją czeka, sunie przed siebie leniwie, a już niebawem zostanie przecięta wpół betonową wieloprzęsłową przepaską, awansuje do roli celebrytki. Ciekawe, czy więcej zyska na tej zmianie, czy jednak straci.

Jeszcze trochę, a będę napawać się jej widokiem na co dzień; przeciągając się rano za fruwającą firanką będę cieszyć oczy bujającymi kłosami traw, rozczochranymi czuprynami młodych brzózek i majestatem leciwych dębów




Na razie pozostaje mi bawić się w odróżnianie odgłosów miasta, sprzeczać się, czy to niebo złorzeczy, czy odjeżdża tramwaj nr 11. Dla miłych widoków nie wystarczy jednak wychylić się z okna




czwartek, 2 czerwca 2011

ROZCZAROWANIE

Od prawie tygodnia chodzi za mną smutny wzrok ośmiolatki porzuconej przez kobietę zwaną jej matką, oraz babkę, zwaną matką zastępczą, która, zgarnąwszy wszelkie możliwe zasiłki z racji pełnionej funkcji, wyemigrowała z życia małej na Wyspy i zerwała wszelki kontakt.

W tym roku na własne oczy widziałam dramat małej istoty kryjący się za zaciśniętymi wargami, gdy przyciskała do sukienki wymiętoszoną laurkę na Dzień Matki, zapewne w nadziei, że stanie się cud i będzie miała komu ją podarować. Cudu jednak nie było - nie było matki, babki, dziadka ani jego nowej ukochanej, nie było żadnej cioci, znajomej ani nikogo, komu L. byłaby nieobojętna. Były za to te wielkie smutne oczy i wytrenowany uśmiech, gdy koleżanki i koledzy z piskiem rzucili się na szyje swoich rodziców po szkolnej akademii. I widok ten będzie mnie już chyba prześladował i dręczył do końca życia, ilekroć spojrzę na mój własny portret stworzony przez najukochańsze siedmioletnie ręce




środa, 1 czerwca 2011

FINAL COUNTDOWN


Tak. Niezdarność tego etapu bywa niezwykle frustrująca. Ile skłonów, ile przysiadów dziennie wykonuję ogarniając swój skromny grajdołek? Nigdy się nad tym nie zastanawiałam do teraz, kiedy stało się to problemem.

A jajo trzęsie się i zaznacza zygzakiem na skorupce. Wielkie odliczanie nabiera tempa, w powietrzu unosi się zapach schnącej tetry.

Wokół cudnie, choć ostrość dostrzegania początków lata zakłóca mi skupienie na wnętrzu i przekształcaniu w głowie domowej logistyki. Grafik i tak pewnie weźmie w łeb, kiedy już zmiany staną się naprawdę widoczne i słyszalne. Staram się nie przeoczyć chociaż paru dobrodziejstw tego czasu – zapachu truskawek, słodyczy dojrzewających w słońcu pomidorów. Być może za chwilę przyjdzie mi pożegnać się z nimi do następnego lata.



Nie wiem, co ten utwór ma w sobie, że kołysze mi się od rana pod sklepieniem. "A-a-a..."






piątek, 27 maja 2011

DEMONY PRZESZŁOŚCI

...znów stanęłam z nimi twarzą w twarz. Na szczęście udało mi się je trochę odczarować, oswoić, uświadamiając sobie jednocześnie, że jestem tym, kim jestem, i to ja panuję nad moim życiem a nie one. Że wszystkie boleści Tamtego Czasu, paprzące się przez lata jak źle oczyszczona rana, jednak zabliźniły się i jedyne, co chcę w sobie pielęgnować to dobre wspomnienia. To duża ulga móc tak powiedzieć patrząc w lustro monitora i gmerając we własnym wnętrzu.

Dziwię się przy tym kolejnemu zbiegowi okoliczności i sile moich myśli. Choć nie wierzę w telepatię to albo jednak bywam małą wiedźmą, albo po prostu los mój droczy się znów ze mną idąc mi na rękę bardziej niż na to liczę. Najprostsze rozwiązania są przecież najlepsze, nie spodziewałam się jednak, że ta księga otworzy się sama, i to od razu na odpowiedniej stronie


"Kwiatki" na Dzień Matki - made by pisklaki :)

wtorek, 10 maja 2011

ONI



Jaki piękny dzień. Pozwoliłam się pieścić słońcu obracając twarz za nim i domagając się gorących smagnięć raz tu, raz tam. W poprzednim wcieleniu chyba byłam słonecznikiem. Odsłoniłam ramiona i kolana lekceważąc, co przystoi kobiecie w moim stanie, i rozmyślałam mrużąc oczy.


A było nad czym. Niespodziewanie poznałam, po ponad trzech latach, Drugą Połówkę charyzmatycznego Starszego Pana, będącego kopalnią wiedzy, życiowej mądrości, uosobieniem dobra, spokoju i ciepła właściwego osobom pokroju Karola Wojtyły. Może to nadużycie i nietakt stawiać te postaci w jednym szeregu, dla mnie jednak to oczywiste skojarzenie od którego nie mogę i nie próbuję uciec. Ile godzin spędziłam słuchając uroczych, przekornych żartów i anegdot emerytowanego astronoma i pilota szybowców, ile historii rodzinnych i sekretów owianych pajęczyną niepamięci, z których zawsze wyłaniał się obraz ludzi o niezwykłej mądrości, odwadze, patriotyzmie, wierze w Boga i w drugiego człowieka. Obraz ludzi – legend jakich dzisiaj już prawie nie ma. I zastanawiam się, jaki zaszczyt mnie spotkał sadzając kiedyś na ławce obok tego pół-anioła z niedowładem jednej strony ciała, zanikami pamięci i nieporadnością w kojarzeniu prostych przyziemnych spraw, a biegłością w postrzeganiu sercem.

Tym bardziej ucieszył mnie widok ICH razem. Pięknie wyglądali: on potężny, choć przygarbiony, podtrzymywany silnym uściskiem drobnej, ale prostej jak brzoza ukochanej. Krok za krokiem, ramię w ramię, szur szur, pył parkowej ścieżki uniósł się spod zbolałych kroków i oprószył siwizną zdeptane buty obojga. Pozazdrościłam lat spędzonych razem, tej szorstkiej tkliwości charakterystycznej dla wieloletnich małżeństw i wiedzy-bez-słów, której nie dane mi jest uczyć się od własnych rodziców. Znów poczułam w sobie szpilę goryczy, że oni tak nie potrafili, że w jesieni życia głupim dziecinnym uporem i wzajemnymi pretensjami o błahostki zdeptali i pogrzebali doszczętnie wszystko, co tylko trochę ważne, a przy okazji to, co najważniejsze



czwartek, 5 maja 2011

BEZ


-Kawa z mlekiem czy bez?
-A na co mi bez?!


Chłonę niepowtarzalny zapach całą sobą. Zachłanna, jak zawsze o tej porze roku

środa, 4 maja 2011

MAJÓWKA








Trudno wrócić po kilku dniach nieważkości umysłu do świata wielkomiejskiej cywilizacji, elektronicznej sieci, telewizji, fotek, plotek i durnotek. W głowie wciąż zielone obrazy, ruchy spowolnione brakiem musu i parę nowych bąbli na ciele, żeby nie było tak idealnie. Wciąż gniotę w sobie i rozprostowuję de ja vu – czy byłam już w tamtym miejscu wieki temu z domem w plecaku, czy to tylko podobieństwo okolicy i czysty przypadek. Nie mogę dojść. I w jakim stanie wtedy byłam, że nie kojarzę oczywistych punktów odniesienia – w stanie szczenięco-głupiego upojenia czy zakochania. Pamiętam tylko deszcz, plażę i ognisko. Dziś po plaży ani śladu, a jednak coś nie daje mi spokoju, wszak lata zaniedbań mogły sprawić, że woda upomniała się o swoje, wykradła sprytnie teren kawałek po kawałku pokrywając go szuwarami, rzęsą i mchem.



środa, 27 kwietnia 2011

TAK NIEWIELE





... a cieszy. Wystarczy umieć patrzeć.