czwartek, 15 grudnia 2011

GDYBYM


Ostatnio ktoś zapytał mnie, czego bym nie zrobiła, gdybym nie miała dzieci. Długo nad tym myślałam.

Gdybym nie miała dzieci, byłoby mi pusto w życiu.
Nie rozśmieszałyby mnie do niemożebności słowa "kupa", "bąk", "pierd","tyłek" i "bek".
Nie miałabym kilku brulionów zapisanych ich dziecięcym językiem, które otwieramy co jakiś czas i próbujemy rozszyfrować, kto dany tekst wymyślił i co on oznaczał, pękając ze śmiechu.
Nie odróżniałabym marek samochodów.
Nie szukała Ben 10-ów, Spidermanów i Spongebobów przy każdej wizycie w papierniczym czy odzieżowym.
Pewnie nie chciałoby mi się buszować po lumpeksach przez co nie znalazłabym wielu fantastycznych, niepowtarzalnych ciuchów.
Na lodówce miałabym więcej białego miejsca niż magnesów i kolorowych obrazków, a nie miałabym dwóch grubych teczek pełnych laurek i innych dowodów miłości.
Nie cieszyłabym się jak wariatka z tego, że mogę być Świętym Mikołajem.
Nie robiłabym lampionów na roraty.
Nie nauczyłabym się piec cudacznych ciastek i ciasteczek, robić
hurtowych ilości leniwych pierogów.
I nie rozumiałabym drżącej brody mojej mamy, gdy śpiewałam "Kaczkę-dziwaczkę" na pierwszym przedszkolnym przedstawieniu.



sobota, 26 listopada 2011

czwartek, 24 listopada 2011

MOJEJ SIS

Nie wiem, czy trzeba być matką, żeby zachwycić się takim wykonaniem skądinąd niezłego, acz mocno już wyświechtanego utworu. Ja kupuję odświeżoną wersję w całości razem z charyzmą wykonawczyni i zaryzykuję stwierdzenie, że uczniowie prześcignęli mistrzynię. Może ich siła tkwi w tym, że są rodzeństwem?



Z podziękowaniami dla K. Nie tylko za linka, przede wszystkim za to, że oprócz siostry bonusowo mam w niej przyjaciółkę. Tyle lat musiało minąć, tyle oddaleń i spotkań, pył po tylu wojnach musiał opaść :)
Ty jedna wiesz, Kochana.

wtorek, 22 listopada 2011

POMALUTKU





Znów rzeczy dzieją się jakby poza mną, gdzieś obok.

Ponieważ nie mam w zwyczaju zwiedzać galerii i centrów handlowych, nastrój świąteczny zaczyna wlewać się do mojej świadomości cieniutkim zielono-purpurowym strumyczkiem, czyli tak jak lubię najbardziej. Dziś na przykład zauważyłam zamontowane przez świąteczne elfy zapewne ozdoby na ulicznych latarniach. Są jeszcze szare i przypominają raczej najeżoną szkłem plątaninę kabli, ale już cieszy mnie myśl o tym, jak efektownie oświetlą miasto w dniu 6 grudnia.

Sztuczne choinki, łańcuchy, aniołki i bombki nie atakują mnie na razie w krzykliwej obfitości ze wszystkich stron i nie wiem, czy to gawiedź miejska poszła wreszcie po rozum do głowy, czy to działa moja nieuświadomiona do końca taktyka omijania strategicznych marketingowo miejsc. Niemniej domowe wieczory zaczyna wypełniać (jakże rzadka!) cisza i skupienie towarzyszące przelewaniu na papier dziecięcych marzeń, przetwarzanych w koślawe słowa, schematy, rysunki i instrukcje.

Ja w tym roku zamierzam poprosić Białobrodego o jedną, długą, pięknie zapakowaną, cichą i spokojną… noc. Taką przespaną od zmierzchu do świtu.

poniedziałek, 7 listopada 2011

środa, 2 listopada 2011

JAKI HALLOWEEN?!

Nie rozumiem zalewającej nas ostatnio zbiorowej fascynacji świętem Halloween. Wkurza mnie niemożebnie. Dlaczego? Dlatego, że kojarzy mi się ze ślepym, bezmyślnym naśladownictwem tego, co obce, a więc, w mniemaniu wielu, lepsze, nowocześniejsze, wartościowsze. Halloween’owa atmosfera w sklepach, pubach, przedszkolach i szkołach, wspaniały pretekst do zabawy, ulepienia potworków z plasteliny, wydrążenia szczerbatego uśmiechu w dyni, przebrania się za maszkarę, upieczenia paskudnie wyglądającego ciasta. Okrzyku „cukierek albo psikus”, choć nie wiadomo, po co. I co dalej? No właśnie problem w tym, że nic. NIC! Powinno się przeprowadzić sondę wśród świętujących, na ile świadomi są swoich poczynań z okazji tego dnia, z jakiego powodu przebierają się za potwory, co wspólnego mają z tradycją Halloween. Sęk w tym, że mieszkając w naszej szerokości geograficznej, nie mają prawa mieć nic wspólnego. Nie mają też prawa oburzać się na sąsiadów zza oceanu, że tak obchodzą dzień przed naszym dniem Wszystkich Świętych, podciągać obu tych świąt pod wspólny mianownik. Pogański Halloween i chrześcijański Dzień Wszystkich Świętych mają ze sobą tyle wspólnego, co wata cukrowa, kolorowe balony, popcorn i kiełbaski z grilla pod cmentarną bramą z pamięcią o zmarłych, zadumą, zniczami i wyciszeniem. Ja wiem, że to znak naszych czasów, ale od nas samych zależy, czy damy się ponieść głupiej modzie, pustemu trendowi. Dlatego całemu halloween’owemu szaleństwu i szkolnemu balowi przebierańców z tej okazji mówię zdecydowane NIE.

poniedziałek, 24 października 2011

ZADZIWIAJĄCE

No i doigrałam się: pisklaki zaczynają dokazywać po staremu, a ja stanęłam twarzą w twarz z dość paskudnym zapaleniem płuc.
Dla zabicia nudy rekonwalescencji, przeglądam youtube ciesząc się, że wreszcie rozgryzłam tajniki umieszczania filmików na blogu.

Podzielę się dwoma, które zrobiły na mnie wrażenie.

Pierwszy oglądam z zachwytem i, wypadałoby napisać, wstrzymanym oddechem, choć w mojej sytuacji można mieć wątpliwości, co do przyczyny :) Chociaż nie jestem językoznawcą, temat języka jest mi bliski z racji wykształcenia; tym bardziej zachwyca mnie jeden z najrzadszych i najdziwniejszych języków świata. Ma w sobie coś magicznego, pięknego, zadziwia mnie jego wielofunkcyjność i, w gruncie rzeczy, prostota.



Ponieważ nie każdy zna angielski czy hiszpański, napiszę w skrócie, o czym mówią bohaterowie filmiku:


La Gomera to jedna z Wysp Kanaryjskich, kraina gór i dolin, gdzie gwizdanie jest sposobem komunikowania się na duże odległości. Początki tradycji gwizdania nie są znane, bowiem od lat dzieciaki uczyły się go na ulicy. Gdy Hiszpania znajdowała się pod dyktaturą Franco, na wyspie używano gwizdania jako sposobu ostrzegania przed zbliżającą się hiszpańską żandarmerią. Używano go również jako szybkiego sposobu na wezwanie księdza czy lekarza.
Tradycja gwizdania wydaje się być wieczna, tym bardziej, że dziś również uczy się jej w szkołach.



Drugi filmik również dotyczy języka, choć nie tak bezpośrednio, jak pierwszy. Niemniej robi wrażenie, może mniej nostalgicznie, a bardziej na wesoło:



Kto nie poznaje tego pana, jest to policjant z kultowej "Akademii Policyjnej", gdzie również wzbogacił kilka scen swoim niezwykłym talentem. Tu w wersji koncertowej Led Zeppelin.
Dodatkową atrakcją jest mina prowadzącego program.

Z podziękowaniem dla W., przyjaciela, na którym poznałam się w przysłowiowej biedzie.



środa, 19 października 2011

DYNIOWO NA BIS


Idąc za ciosem, dziś druga odsłona zupy dyniowej. Tym razem wersja mleczna: słodka, waniliowo-cynamonowa, zaszczepiona we mnie przez panią z warzywniaka.



Słońce jako zakładnik na talerzu to jeden z niewielu pozytywnych akcentów dnia dzisiejszego. Właściwie chwila oddechu i skupienia na banale wśród niepokojów i bieganiny pomiędzy dwoma tapczanikami a kołyską - z łyżką, syropem, chustką, nebulizatorem, kapciami, misiem, książką, uśmiechem, bezsnem i bezsensem, a może wiarą sens jednak. Tik-tak, tik-tak. Może jutro będzie lepiej. Może najmniejszy skrzat okaże się najsilniejszy, pokaże choróbsku pulchny środkowy paluszek. Może.

sobota, 15 października 2011

DYNIOWO

Musiało w końcu do tego dojść. Pchana ciekawością, dopingowana przez średniaka, kupiłam dziś niedużą dynię celem sporządzenia jesiennej zupy. Poszukując idealnego przepisu, próbowałam wyobrazić sobie smak apetycznego kremu kuszącego z bloga Doro i z kilku innych, na których zdjęcie talerza pełnego aksamitnej pomarańczowej masy wydaje się być stałym elementem o tej porze roku. Będąc przywiązaną do tradycyjnej kuchni polskiej, zaczęłam zastanawiać się, jak połączyć przepisy, aby nie były zbyt awangardowe jak na gusta moich domowników, nie odbierając dyni ciekawego, nowego dla nas smaku. Stanęło na tym:

1 nieduża dynia

pół cebuli

rosół z warzywami i sporą ilością marchewki

2 ziemniaki

2 łyżki oleju

łyżeczka masła

sól, cukier

lubczyk, pieprz, curry, ostra papryka, szczypta cynamonu

Do zezłoconej na oliwie z masłem cebulki dodałam dyniowy miąższ pokrojony byle jak i dusiłam do miękkości. Zmiksowałam. Połączyłam z gorącym rosołem z warzywami i ugotowanymi w nim ziemniakami. Doprawiłam „na oko” szukając zadowalającego mnie połączenia smaków. Zmiksowałam całość na gładko i – tadam!


Roboty nie chciały wyjść z kadru


Już wiem, że zupa będzie hitem sezonu w moim domu, dość ostra, słono-słodka z nutką orientu dzięki curry i cynamonowi. No i przede wszystkim - rozgrzewa nieporównanie lepiej, niż zimowa kurtka wygrzebana dziś z pawlacza i termofor w dzierganym sweterku razem wzięte.

A pisklakowi tak naprawdę chodziło o to :)

sobota, 8 października 2011

OSZALAŁAM

na punkcie tego duetu, tej interpretacji, tego wykonania