... a cieszy. Wystarczy umieć patrzeć.
No to start! Zaczynam niepewnie, jak skoczek na linie, jak kociak stąpający po kamieniach w strumieniu. Tu krok, tam dwa, zawahanie, jeden w tył i znów do przodu. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Ścinek do ścinka, koralik do koralika, nitka do nitki. Uszyję kolorowy patchwork ze słów, myśli, wspomnień i marzeń. Opatulę się nim w chłodne wieczory i będę drzemać w bujanym fotelu
środa, 27 kwietnia 2011
wtorek, 26 kwietnia 2011
NIGDY WIĘCEJ
sobota, 16 kwietnia 2011
COŚ Z NICZEGO
Dwa dni rozłąki owocują nową energią i pomysłami na zajęcie dwóch par małych i jednej dużych rąk. Najważniejsze jest pochylenie nad wspólnym dziełem, jakkolwiek proste i absurdalne miałoby ono nie być. Przerywane kuksańcami, uściskami, muchami w nosie i upadkami ze stołków wśród pisków i śmiechu.
Tyle jeszcze pomysłów mam, część prac zaczętych, poganiam więc siebie – szybciej, szybciej, bo za chwilę wszystko zawiśnie na kołku na czas nieokreślony. Czas, który stanie się towarem deficytowym, ręce przejmą zupełnie inne role, a karcący „magiczny palec” przestanie wychylać się z szeregu.
wtorek, 12 kwietnia 2011
ŻYJĘ!
Chciałoby się, żeby ten czas trwał w nieskończoność. Zielono mi, choć jednocześnie ciężko i niezgrabnie. Słupek za szybą z dnia na dzień wzbija się coraz wyżej i wszystko nabiera intensywności. Odnowione kamienice mienią się jaskrawymi kolorami w słońcu, a szarość starych elewacji już nie przygnębia. Nawet dzieci biegają, zdaje się, dwa razy szybciej, a w ich głowach mnożą się pomysły na kolejne szaleństwa.
Prawdę mówiąc, dni przypominają teraz obrazki w kalejdoskopie. Jest bajecznie, jest świetliście, tylko tempo dla mnie trochę za duże… A przecież mój rollercoaster dopiero się rozpędza!
Włączyło mi się poczucie misji. Poruszam niebo i ziemię, żeby ogrodzenie miejskiej fosy straciło symboliczność a zaczęło być tym, czym powinno. Syndrom wicia gniazda? Tym razem globalnie dla odmiany :D
piątek, 18 marca 2011
PADA I PADA
Łatwo mówić, kiedy jeszcze nie ma się mokrego kółka na plecach pod nieprzemakalną (?!) zimową kurtką i grubym swetrem. Deszczowego kółka. Jak Bonifacy przysiadam więc na schodkach przy piecu, ciepło rozchodzi się po kościach uginających się codzień pod słodkim ciężarem.
Mimo wszystko w środku kiełkują pierwiosnki; widać gołym okiem, że lada moment przyroda nabierze rozpędu i rozbucha się w obfitości zieleni i zapachów. Mam wrażenie, że wszyscy już odliczamy dni stukając palcami w blaty stołów. Ja odliczam podwójnie, zachłanna bestia, kiwając się na boki jak wańka wstańka :)
Za to w domu, na osłodę, pączki z serka „homo-nie wiadomo” – szybka akcja a wielka radość
niedziela, 13 marca 2011
BYŁO MIŁO, ALE SIĘ ZBYŁO
Wiosenna wycieczka do zamku na wodzie pomału staje się naszą tradycją. Cała zimę czekałam na ten dzień. Może powinniśmy topić Marzannę w wojnowickiej fosie? Nie spodobałoby się to miejscowym kaczkom, które, niby obojętne, kątem oka łapczywie wypatrują u nas czerstwych okruchów.
Nasze osobiste pisklęta plus jedno wyrośnięte, przysposobione na ten dzień, wychodziły z siebie równie radośnie jak z puchowych kurtek i polarowych czap. Efektem wychodzenia z siebie jest jedno stłuczone kolano, ubłocone po kostki buty, obwódki wokół paznokci (sic!) i trzy pary rozradowanych, błyszczących ślepi. Podobno dzieci dzielą się na czyste i na szczęśliwe. To nasze dziś po prostu nurzały się w szczęściu, choć i tak nie był to szczyt ich możliwości.
Odurzeni przejrzystym, wilgotnym powietrzem, śpiewem ptaków, ciepłymi podmuchami i błogostanem myśli, wróciliśmy do domu, aby dostać obuchem w łeb. Konkretnie ja i konkretnie w sam środek. Telefon z gądowskiego obozu wytrącił mnie z równowagi i zburzył spokój budowany przez całą niedzielę, przerodził się w wewnętrzną trzęsawkę i skołtunił wszystkie nitki w głowie, które tak skrupulatnie rozplątywałam w ostatnim czasie, gładziłam i nawijałam na zgrabne moteczki. Myślałam, że każdy już znalazł swoje miejsce i że mogę zasiąść do wyplatania nowego, barwnego i równiutkiego światopoglądu na temat tego, co dzieje się w pokrętnej relacji najbliższych mi osób. Nic z tego. Budowla runęła a opadający pył jeszcze długo będzie szczypał mnie w oczy
wtorek, 1 marca 2011
PRZEDSMAK
Upiłam się dziś słońcem. Już wróble drące się bez opamiętania pod oknem zapowiadały piękny, jak na początek marca, dzień. I miały rację. Poza tym poszukuję pączków – i tych tłustoczwartkowych, i tych na drzewach. Gdyby aura utrzymała się ze dwa tygodnie, na pewno dopatrzyłabym się soczystozielonych końcówek na żywopłotach
piątek, 25 lutego 2011
DYLEMATY MAŁE I DUŻE
Ale szokuje mnie również, jak można z tak ogromną zaciętością, z maniackim wręcz uporem rujnować sobie życie, niszczyć siebie, ranić bliskich i nigdy nie wyciągać wniosków. Ile lat jeszcze musi minąć, co musi się wydarzyć, żeby dorosła osoba zrozumiała, że np. nie należy wiązać się z byłym facetem własnej siostry, a potem rzucać go, aby zakochać się bez pamięci w dawnym przyjacielu, tylko po to, aby wkrótce zostawić go dla jego brata… Po prostu - nie, bo NIE! Swoją drogą - myślałam, że Moda na sukces to czysta fikcja, wybryk chorej wyobraźni scenarzystów z dolarami zamiast szkieł kontaktowych
Kubek gorącej herbaty i paczkę słonych paluszków później nachodzi mnie myśl, że moje życie jest niesamowicie nudne. Nudne w sposób, za który dziękuję Bogu. Jest proste, zwyczajne i przewidywalne. Że mam farta podejmując jak dotąd nienajgorsze decyzje, i że chyba jest jednak jakaś siła we wszechświecie, która trochę mnie lubi, bo popycha mnie w najwłaściwszym dla mnie kierunku
O proszę. Na przykład, co zrobić dziś, aby kocięta nie wyprowadziły mnie z równowagi przy stole, grzebiąc widelcami w zimnej paćce i przeżuwając z rozpaczą w oczach kolejne porcje witamin i węglowodanów. Czy wystawić moje cudowne talenta kulinarne na próbę? Tak czy nie? Dokonuję wyboru i oto milknę widząc, jak powstają i w okamgnieniu znikają puszyste, chrupiące i nieprzyzwoicie delikatne jabcowe racuchy. Bez kopania pod stołem, przewracania oczami i liczenia do dziesięciu. Ha. Jakie to proste, kiedy myśli się pozytywnie. Muszę trenować jak najczęściej
poniedziałek, 21 lutego 2011
CARPE DIEM
Jak dziwne i przewrotne jest to, że im starsza jestem, a więc, wydawałoby się, bardziej doświadczona, rozsądna i pragmatyczna, tym bardziej moja filozofia życia skłania się ku tej młodzieńczej. A dokładniej – coraz bardziej odległe i bezsensowne wydaje mi się skupianie na przyszłości i robienie czegokolwiek tylko po to, aby kiedyś było lepiej. Otóż, coraz częściej łapię się na myśleniu, że przecież to bliżej nieokreślone kiedyś może nigdy nie nadejść, a owo lepiej powinno odnosić się do tu i teraz. Być może to siła mediów i ich lubość w ukazywaniu ludzkich tragedii, których i tak wokół niemało, wywołuje we mnie takie a nie inne przemyślenia i nastroje. Coraz częściej w duchu dziękuję losowi za kolejny dzień mojego życia spędzony w otoczeniu fantastycznych, ważnych dla mnie osób i żywię nieśmiałą nadzieję, że następny wzbudzi we mnie podobne odczucia, oraz, że sprawi, iż znów wieczorem położę głowę na poduszce z poczuciem spokoju, satysfakcji i spełnienia. Odbija mi?
