No to start! Zaczynam niepewnie, jak skoczek na linie, jak kociak stąpający po kamieniach w strumieniu. Tu krok, tam dwa, zawahanie, jeden w tył i znów do przodu. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Ścinek do ścinka, koralik do koralika, nitka do nitki. Uszyję kolorowy patchwork ze słów, myśli, wspomnień i marzeń. Opatulę się nim w chłodne wieczory i będę drzemać w bujanym fotelu
sobota, 19 lutego 2011
ISKIERKI
środa, 16 lutego 2011
SŁOŃCAAAAA
Nerwowo dziś. Czasem tak jest, że od rana wszystko idzie nie tak jak powinno. Wystarczy jeden telefon od młodziutkiej pani, co to o realnym życiu wie tyle ile usłyszy podczas uzupełniania żelowych tipsów, farbowania odrostów i popijania kawy z koleżankami na modłę „Seksu w wielkim mieście” i śmie wypowiadać się wyniosłym tonem na tematy, które prawdopodobnie nigdy nie będą jej udziałem. A ja, zamiast uodpornić się na urzędniczą bezczelność tudzież głupotę, czuję jak taki robak nadgryza mi tył głowy i majstruje wciąż przy mojej podświadomości wprawiając mnie w nastrój rozdrażnienia. Chwytam więc za telefon, wykręcam parę numerów z kartek i karteluszek i okazuje się, że znowu to ja miałam rację, ale robal już zagnieździł się we mnie na tyle dobrze, że nie da mi spokoju przez kilka następnych dni i nocy.
Grunt to nie dać się, być ponad to. Niech mgła codziennych trosk nie przesłania mi tych nieśmiałych lutowych promieni, które już-już zaczynają wpadać przez okno, zaglądają ciekawie za firankę drwiąc z jej niczym niezmąconej szarości. Tzw. uroki mieszkania w centrum miasta i zainteresowania sąsiadów. Prawdę mówiąc chętnie zdarłabym je wszystkie kilkoma silnymi szarpnięciami i nacieszyła ucho hukiem roztrzaskujących się karniszy. Przegłodna jestem światła w oknach i ciepła w całym ciele. A gdyby tak zamiast szyb wstawić sobie dwumetrowe słoneczne witraże i cieszyć się złotem zalewającym ściany niezależnie od pory dnia i roku?
sobota, 12 lutego 2011
CEPELIOWSKIE ZRYWY
czwartek, 10 lutego 2011
SEROWA KLAPA
środa, 9 lutego 2011
TAKIE TAM
Tak sobie myślę od wczoraj, jak to dobrze przejrzeć czasem na oczy i docenić to, co się ma. Zakochać się po raz setny, tysięczny, milionowy w tym samym tak cudownie niedoskonałym człowieku. W tych potarganych myślach i nigdy niewypowiedzianych, a wyczekiwanych słowach, w braku gestów na pokaz, w góralskim sercu i takowych kapciach chadzających zawsze własnymi ścieżkami, byle z dala od siebie nawzajem i od właściciela. W czarno-białym widzeniu świata tak różnym od mojego, w optymizmie nastolatka, nad którym już tylko litować się potrafię, bo ręce od dawna załamane; w dziwactwach małych i dużych, których nie sposób ogarnąć rozumem i zliczyć. Bo w sumie to dobrze mam. Goni toto jak szalone od rana do wieczora, a czasem znów do rana tylko po to, żebym mogła wolniej, dogłębniej, spokojniej, cierpliwiej. Ledwo zauważam, że chleb znowu sam pojawił się w chlebaku, że piwnica pogłębiła się o pół metra bez niczyjej łaski, pomimo, że dzień wyglądał tak samo jak poprzedni, a niewidzialna ręka znów przykryła kocięta nad ranem, gdy spałam odwrócona tyłem do matczynych obowiązków. I jeszcze to „tu masz sweter, bo znowu zmarzniesz w kościele” rzucone razem z zawiniątkiem, albo chodzenie na palcach, gdy śpię pod sufitem, a czego sama od ponad ćwierćwiecza nauczyć się nie mogę. Czym wobec tego wszystkiego jest wspólne czytanie wierszy
czwartek, 3 lutego 2011
NA CZEŚĆ A.
Jak miło spotkać się z Bratnią Duszą, która wyemigrowała do Miasta Medalików, z tobołkiem nowych wrażeń, wieści, anegdotek, posiedzieć nad kubkiem gorącej herbaty o smaku Pina Colady. Płomyk drga i tańczy na ścianie, w powietrzu zapach wanilii, kocięta w swoich grajdołkach dawno już straciły kontakt z rzeczywistością, a my spijamy sobie słowa z ust, czasem wpadamy w zdanie, czasem się spieramy, by zatoczyć koło i po chwili wysnuć i tak wspólne wnioski. Strasznie lubię widzieć, jak przejęta dyskusją naciągasz rękawy własnoręcznie wydzierganego sweterka, albo poprawiasz golf szukając odpowiednich słów, by wyrazić swoje skłębione myśli. Dzięki ci kochana za to, że jesteś, że bywasz tak blisko.
środa, 2 lutego 2011
PRZEKORNIE MI
Jestem zaskoczona i zawstydzona własną reakcją na w sumie dobre, pozytywne wieści. A jednak podświadomość potrafi płatać figle. Sztruksowe cudeńko w kolorze kawy z mlekiem z lila wstawkami zaczeka na półce na inną szczęściarę. Mój świat pozostanie światem połatanych dżinsów, Batmana, Spidermana, dinozaurów i gwiezdnych konstelacji na suficie. Ale i tak będzie ciekawie, czasem ciężko, czasem śmiesznie, to pewne.
Zatopiona w myślach pochylam się nad miską z ciastem. Muszę, po prostu czuję nieodpartą potrzebę zrobienia czegoś na przekór, pod prąd. Inaczej pęknę, uduszę się. Co prawda trzecie dzieło naszego duetu jest chcąc-niechcąc głośnym manifestem przeciw standardom panującym w mojej rodzinie, a teraz także kubłem zimnej wody na gorące dyskusje jak być powinno, i na koncert życzeń ukierunkowany na jedna zdartą płytę, daje mi więc pewne poczucie satysfakcji. Ale mam niedosyt. Pierwszym symbolicznym gestem niech będą te wytrawne muffinki z serem, pieczarkami, oliwkami, dużą ilością chilli i curry. Nie szczędzę przypraw. A niech to. Czy ja zawsze musze być taka mleczno-kawowa, aksamitno-lukrowa i akuratna?
piątek, 31 grudnia 2010
ŚWIĘTA
poniedziałek, 8 listopada 2010
KAKI
I tak oto zostałam sama biedna z dwiema wielkimi kakami, łyżeczką dobierając się do mięsisto-glutowatego, mdłego środka i zastanawiając się, czy owoce egzotyczne to jest na pewno to, co lubię najbardziej i czego właśnie teraz mi trzeba... Pewnie, że mają swój urok, ale daleko im do świeżych fig rwanych boso o wschodzie słońca z gałązek wesoło łaskoczących dach namiotu, a jeszcze dalej do chrupiących czereśni i pierwszych papierówek z własnego ogrodu
niedziela, 7 listopada 2010
BEZWENIE
Dopadło mnie okropne bezwenie twórcze. Chętnie zamieniłabym je na bezwonie. Zapach ciasta, pykającego rosołu, ulubionego żelu pod prysznic doprowadza mnie do szału. Chodzę jak struta. Zawsze to zapach najbardziej pobudzał moja wyobraźnię, to on często sprawiał, że zaczynałam kojarzyć twarze z konkretnymi sytuacjami z przeszłości, miejscami, zdarzeniami, klimatem chwili. Potrafił wprawić mnie w nastrój melancholii lub wręcz milczącego osłupienia. Śmiałam się, że jestem jak wyżeł mogący biec wiele mil z zamkniętymi oczyma, wiedziony cieniutka jak nić babiego lata wonią uciekającej zwierzyny… Finito. Amba. Pozostaje cierpliwie czekać na powrót moich zmysłów do starych parametrów i na powrót... weny.
