No to start! Zaczynam niepewnie, jak skoczek na linie, jak kociak stąpający po kamieniach w strumieniu.
Tu krok, tam dwa, zawahanie, jeden w tył i znów do przodu.
Dzień za dniem, tydzień za tygodniem.
Ścinek do ścinka, koralik do koralika, nitka do nitki.
Uszyję kolorowy patchwork ze słów, myśli, wspomnień i marzeń.
Opatulę się nim w chłodne wieczory i będę drzemać w bujanym fotelu
Od prawie tygodnia chodzi za mną smutny wzrok ośmiolatki porzuconej przez kobietę zwaną jej matką, oraz babkę, zwaną matką zastępczą, która, zgarnąwszy wszelkie możliwe zasiłki z racji pełnionej funkcji, wyemigrowała z życia małej na Wyspy i zerwała wszelki kontakt.
W tym roku na własne oczy widziałam dramat małej istoty kryjący się za zaciśniętymi wargami, gdy przyciskała do sukienki wymiętoszoną laurkę na Dzień Matki, zapewne w nadziei, że stanie się cud i będzie miała komu ją podarować. Cudu jednak nie było - nie było matki, babki, dziadka ani jego nowej ukochanej, nie było żadnej cioci, znajomej ani nikogo, komu L. byłaby nieobojętna. Były za to te wielkie smutne oczy i wytrenowany uśmiech, gdy koleżanki i koledzy z piskiem rzucili się na szyje swoich rodziców po szkolnej akademii. I widok ten będzie mnie już chyba prześladował i dręczył do końca życia, ilekroć spojrzę na mój własny portret stworzony przez najukochańsze siedmioletnie ręce
Tak. Niezdarność tego etapu bywa niezwykle frustrująca. Ile skłonów, ile przysiadów dziennie wykonuję ogarniając swój skromny grajdołek? Nigdy się nad tym nie zastanawiałam do teraz, kiedy stało się to problemem.
A jajo trzęsie się i zaznacza zygzakiem na skorupce. Wielkie odliczanie nabiera tempa, w powietrzu unosi się zapach schnącej tetry.
Wokół cudnie, choć ostrość dostrzegania początków lata zakłóca mi skupienie na wnętrzu i przekształcaniu w głowie domowej logistyki. Grafik i tak pewnie weźmie w łeb, kiedy już zmiany staną się naprawdę widoczne i słyszalne. Staram się nie przeoczyć chociaż paru dobrodziejstw tego czasu – zapachu truskawek, słodyczy dojrzewających w słońcu pomidorów. Być może za chwilę przyjdzie mi pożegnać się z nimi do następnego lata.
Nie wiem, co ten utwór ma w sobie, że kołysze mi się od rana pod sklepieniem. "A-a-a..."
...znów stanęłam z nimi twarzą w twarz. Na szczęście udało mi się je trochę odczarować, oswoić, uświadamiając sobie jednocześnie, że jestem tym, kim jestem, i to ja panuję nad moim życiem a nie one. Że wszystkie boleści Tamtego Czasu, paprzące się przez lata jak źle oczyszczona rana, jednak zabliźniły się i jedyne, co chcę w sobie pielęgnować to dobre wspomnienia. To duża ulga móc tak powiedzieć patrząc w lustro monitora i gmerając we własnym wnętrzu.
Dziwię się przy tym kolejnemu zbiegowi okoliczności i sile moich myśli. Choć nie wierzę w telepatię to albo jednak bywam małą wiedźmą, albo po prostu los mój droczy się znów ze mną idąc mi na rękę bardziej niż na to liczę. Najprostsze rozwiązania są przecież najlepsze, nie spodziewałam się jednak, że ta księga otworzy się sama, i to od razu na odpowiedniej stronie
Jaki piękny dzień. Pozwoliłam się pieścić słońcu obracając twarz za nim i domagając się gorących smagnięć raz tu, raz tam. W poprzednim wcieleniu chyba byłam słonecznikiem. Odsłoniłam ramiona i kolana lekceważąc, co przystoi kobiecie w moim stanie, i rozmyślałam mrużąc oczy.
A było nad czym. Niespodziewanie poznałam, po ponad trzech latach, Drugą Połówkę charyzmatycznego Starszego Pana, będącego kopalnią wiedzy, życiowej mądrości, uosobieniem dobra, spokoju i ciepła właściwego osobom pokroju Karola Wojtyły. Może to nadużycie i nietakt stawiać te postaci w jednym szeregu, dla mnie jednak to oczywiste skojarzenie od którego nie mogę i nie próbuję uciec. Ile godzin spędziłam słuchając uroczych, przekornych żartów i anegdot emerytowanego astronoma i pilota szybowców, ile historii rodzinnych i sekretów owianych pajęczyną niepamięci, z których zawsze wyłaniał się obraz ludzi o niezwykłej mądrości, odwadze, patriotyzmie, wierze w Boga i w drugiego człowieka. Obraz ludzi – legend jakich dzisiaj już prawie nie ma. I zastanawiam się, jaki zaszczyt mnie spotkał sadzając kiedyś na ławce obok tego pół-anioła z niedowładem jednej strony ciała, zanikami pamięci i nieporadnością w kojarzeniu prostych przyziemnych spraw, a biegłością w postrzeganiu sercem.
Tym bardziej ucieszył mnie widok ICH razem. Pięknie wyglądali: on potężny, choć przygarbiony, podtrzymywany silnym uściskiem drobnej, ale prostej jak brzoza ukochanej. Krok za krokiem, ramię w ramię, szur szur, pył parkowej ścieżki uniósł się spod zbolałych kroków i oprószył siwizną zdeptane buty obojga. Pozazdrościłam lat spędzonych razem, tej szorstkiej tkliwości charakterystycznej dla wieloletnich małżeństw i wiedzy-bez-słów, której nie dane mi jest uczyć się od własnych rodziców. Znów poczułam w sobie szpilę goryczy, że oni tak nie potrafili, że w jesieni życia głupim dziecinnym uporem i wzajemnymi pretensjami o błahostki zdeptali i pogrzebali doszczętnie wszystko, co tylko trochę ważne, a przy okazji to, co najważniejsze
Trudno wrócić po kilku dniach nieważkości umysłu do świata wielkomiejskiej cywilizacji, elektronicznej sieci, telewizji, fotek, plotek i durnotek. W głowie wciąż zielone obrazy, ruchy spowolnione brakiem musu i parę nowych bąbli na ciele, żeby nie było tak idealnie. Wciąż gniotę w sobie i rozprostowuję de ja vu – czy byłam już w tamtym miejscu wieki temu z domem w plecaku, czy to tylko podobieństwo okolicy i czysty przypadek. Nie mogę dojść. I w jakim stanie wtedy byłam, że nie kojarzę oczywistych punktów odniesienia – w stanie szczenięco-głupiego upojenia czy zakochania. Pamiętam tylko deszcz, plażę i ognisko. Dziś po plaży ani śladu, a jednak coś nie daje mi spokoju, wszak lata zaniedbań mogły sprawić, że woda upomniała się o swoje, wykradła sprytnie teren kawałek po kawałku pokrywając go szuwarami, rzęsą i mchem.
Nie wiem, czy potrafię zrozumieć pobudki osób, które zostają pediatrami i zatrudniają się w jedynym w województwie szpitalu dziecięcym, aby traktować chore, wymęczone, rozpalone gorączką maluchy jak porcje mięcha na ladzie. „Nie zaciskaj ręki bo palec ci urwę i jak będziesz wyglądać” rzucone podczas pobierania krwi to na pewno nie jest sposób na nawiązanie współpracy z przerażonym trzylatkiem wczepionym w moją bluzkę i starającym się stopić z jej fakturą. („Głowę sobie urwij, paniusiu” grzęźnie mi gulą w gardle gdy zauważam wzrok męża-przyczajonego aligatora, i modlę się aby w porę opanował instynkt). Druga pani szybko ubierająca maskę i foliowe rękawiczki „bo ciągle od tych dzieci coś łapie” i jeszcze jedna, siłowo otwierająca małe zaciśnięte usta nazywając je paszczą nie poprawiają wrażenia zrobionego przez koleżankę. W efekcie stres sięga zenitu, pisklak zanosi się od płaczu a krew z malutkiego palca krzepnie i potrzebne są kolejne kłucia. W międzyczasie: serdeczna wymiana życzeń wielkanocnych z koleżanką schodzącą z dyżuru, konsultacja w sprawie świeżoprzyjętego „chłopca z jedynki” o dziwnym nazwisku i krótka rozprawa nad tymże, telefon od pacjentki z Polanicy z natychmiastową zmianą tonu na pretensjonalny, nerwowe śledztwo w sprawie niewyraźnego numeru REGON na jakiejś pieczątce. I papiery, papiery, papiery. A ty siedź człowieku, niemy paprochu z bombą zegarową w środku i delektuj się swoją bezsilnością wobec władzy zblazowanych przedstawicielek służby zdrowia. Władzy, której podważenie może zaważyć na zdrowiu małej istoty i zniweczyć sens świątecznego popołudnia spędzonego w psychodelicznej poczekalni
Dwa dni rozłąki owocują nową energią i pomysłami na zajęcie dwóch par małych i jednej dużych rąk. Najważniejsze jest pochylenie nad wspólnym dziełem, jakkolwiek proste i absurdalne miałoby ono nie być. Przerywane kuksańcami, uściskami, muchami w nosie i upadkami ze stołków wśród pisków i śmiechu.
Tyle jeszcze pomysłów mam, część prac zaczętych, poganiam więc siebie – szybciej, szybciej, bo za chwilę wszystko zawiśnie na kołku na czas nieokreślony. Czas, który stanie się towarem deficytowym, ręce przejmą zupełnie inne role, a karcący „magiczny palec” przestanie wychylać się z szeregu.
Parę świąteczno-powitalnych drobiazgów tuż przed odlotem za wielką wodę
Chciałoby się, żeby ten czas trwał w nieskończoność. Zielono mi, choć jednocześnie ciężko i niezgrabnie. Słupek za szybą z dnia na dzień wzbija się coraz wyżej i wszystko nabiera intensywności. Odnowione kamienice mienią się jaskrawymi kolorami w słońcu, a szarość starych elewacji już nie przygnębia. Nawet dzieci biegają, zdaje się, dwa razy szybciej, a w ich głowach mnożą się pomysły na kolejne szaleństwa.
Prawdę mówiąc, dni przypominają teraz obrazki w kalejdoskopie. Jest bajecznie, jest świetliście, tylko tempo dla mnie trochę za duże… A przecież mój rollercoaster dopiero się rozpędza!
Włączyło mi się poczucie misji. Poruszam niebo i ziemię, żeby ogrodzenie miejskiej fosy straciło symboliczność a zaczęło być tym, czym powinno. Syndrom wicia gniazda? Tym razem globalnie dla odmiany :D