czwartek, 26 kwietnia 2012

DOBRE IDZIE

Nie było mnie ciut ponad miesiąc, a tu takie zmiany.
Nowa szata graficzna czy jak to się pięknie zwie, nowe okna, ikony, rozmieszczenie na stronie. Wszystko inne i niby lepsze, ale znowu się człowieku przyzwyczajaj i ucz, skoro czasu masz nadmiar i przed komputerem go notorycznie marnujesz. A ja taki niereformowalny staroświecki przypadek jestem, że lubię przywiązywać się do starego, znanego i niedoskonałego. Od lat więc wymieniam steraną, poczciwą nokię na nową, ale równie poczciwą, bez szmerów-bajerów, ekranów dotykowych z aparatem, kamerą, faksem i drukarką, depilatorem, ekspresem do kawy, prostownicą do włosów, lewarkiem i Bóg-wie-czym-jeszcze w jednym. Jak tu się teraz odnaleźć?

Gdyby tego było mało, dwa tygodnie temu ciężko rozchorował się mój zaniedbany pecet mszcząc się za miesiące lekceważenia braków w elektronicznej apteczce, których to uzupełnienie i uaktualnienie ciągle odkładałam na jutro. Gdy go rozłożyło to juz na dobre. Kilka dni hospitalizacji i wrócił, biedaczek, niby zdrowszy, ale jakiś taki osowiały, jakby skrywał wstydliwą tajemnicę, i okazało się, że efektem ubocznym terapii było wyzerowanie jego pamięci, a więc wszelkich prywatnych danych - setek zdjęć, projektów, zapisków, ulubionych stron internetowych, którymi się z nim dzieliłam od kilku lat. Przepadło jak kamień w wodę.

Poza tym jednak wydarzyło się też sporo dobrego.
Moje rozżalenie i rozczarowanie Bardzo Ważną Osobą znalazło wreszcie ujście, choć bulgotało we mnie złowieszczo od miesięcy. Nareszcie jednak doszło do erupcji całej nagromadzonej żółci, wylałam to wszystko z siebie aż do dna i co najważniejsze, odniosłam wrażenie, że tąpnęło w marsjańskim betonowym sklepieniu tejże. Teraz czekam na wykiełkowanie pomysłu na wyjście z niekomfortowej sytuacji; pomysłu, który od dawna chodzi mi po głowie, a do autorstwa którego przyznać się nie mogę.

Starsze pisklęta znalazły nową wspólną przestrzeń którą jest gra w szachy - ledwo minie południe, a po trzaśnięciu drzwi i głuchym uderzeniu teczki o podłogę rozpoczyna się taniec drewnianych figur po szachownicy, ja natomiast nadziwić się nie mogę ciszy nie będącej ani zwiastunem awantury, ani przykrywką dla tajnej działalności wystawiającej moją rodzicielską tolerancję na próbę.

Nawet rosnące widmo dwóch sporych kościelno-rodzinnych imprez, których gospodynią mam wątpliwą przyjemność być ja, przestało mi spędzać sen z powiek, co zakrawa na jawne szaleństwo pomieszane z całkowitym brakiem wyobraźni i nieznajomością praw Murphy'ego. 

Chyba wiosna zaczyna uderzać mi do głowy. Idzie dobre!




poniedziałek, 12 marca 2012

KOLEJNY DOWÓD

na to, że przeciętny utwór w zetknięciu z niebanalnym talentem nabiera zupełnie nowej jakości i siły. Oryginału nie jestem w stanie dosłuchać do połowy, cover mnie oczarował, rozlewa się ciepło po wszystkich komórkach mojego ciała. Coś co uwielbiam - minimum środków, maksimum wyrazu. Miło się słucha kołysząc myśli.


Dzięki Sis.

środa, 7 marca 2012

KRESKÓWKOWE ODKRYCIE

Kto wie, co otrzymamy po zmieszaniu niepowtarzalnego klimatu z „Wilka i Zająca”, genialnego humoru sytuacyjnego z „Sąsiadów” i doskonałej animacji na poziomie dzieł Pixar Animation Studios? Przy czym jestem w stanie zapomnieć o Bożym świecie, zwyrodnieć i wyzbyć się wyrzutów sumienia? Odpuścić rodzicielską cenzurę dwu parom ślepi wbitych w monitor i łykać razem z nimi odcinek za odcinkiem mierząc czas ilością obejrzanych sezonów?

Wreszcie znalazłam alternatywę dla ciężkostrawnego, absurdalnego i ogłupiającego animowanego fastfoodu, za który uważam produkcje typu Spongebob, Flapjack i znakomitą resztę, przez którą sukcesywnie i konsekwentnie staję się Najgorszą Matką na Świecie.

Oto "Masza i Miedwied". Być może trzeba urodzić się i żyć po tej stronie oceanu, żeby zrozumieć i docenić jej urok.


piątek, 24 lutego 2012

MISSISSIPPI MUD CAKE

Czekoladowy sen o bagnach Mississippi. A może o spoconych czołach czarnych kobiet na polach bawełny. Bezpretensjonalny i słodki jak miłość do mężczyzny.



Już czteroletniego.


czwartek, 16 lutego 2012

TATA


Jest coś, czego mu zazdroszczę.

Nie znam absolutnie nikogo, kto potrafi zabawiać pisklaki tak, jak on. Nikogo, kto wkraczając w ich świat nagle staje się jednym z nich, ba, nareszcie staje się sobą.

Ma głowę tak pełną pomysłów na zabawy, że nie powstydziłby się ich niejeden pedagog – zabawy proste, niewyszukane, z użyciem najbanalniejszych rekwizytów, a wciągające i dające zajęcie na długie godziny. Mecz piłki nożnej rozgrywany na stole przez tuzin żołnierzyków kostką do gry? Proszę bardzo. Sklep spożywczy z użyciem pustych opakowań po produktach, które chomikuję w kuchni? Nie ma sprawy. Do tego szukanie skarbów na plaży zakopanych niepostrzeżenie pięć minut wcześniej, albo prawdziwych, wyrzuconych przez fale. Rysowanie okularów, wąsów i kapeluszy twarzom na zdjęciach w zeszłotygodniowej gazecie. Robienie papierowych pieniążków z użyciem monety i ołówka. Wyścigi resoraków zjeżdżających po równi pochyłej książki do angielskiego. Budowanie fortec z pudełek, wieżowców z kart do gry i wycinanie serwetek z papieru (sic!). Ta lista nie ma końca, a gdy weny brak, zawsze pozostają jeszcze zapasy na dywanie – ich dwóch przeciw niemu jednemu.

Chcę, aby takim go pamiętali.

Tak jak ja, mimo wszystkiego, co nastąpiło potem, pamiętam mojego Tatę opowiadającego mi najwspanialsze, bo jego własne, bajki przed zaśnięciem.




sobota, 11 lutego 2012

WIECZOREM

Czuję się jak przekłuty balon.

Czasem dałabym się pokroić i ugotować za trochę ciszy.

Zbieram wtedy myśli jak malutkie koraliki rozsypane na dywanie. Nabożnie oddzielam włóczkowe pasemka, chowam do właściwych szufladek. Guziczki, szkiełka, kamyczki. Nim nastanie ranek, podelektuję się tym spokojem i ładem. Pooddycham cichą muzyką w ciepłym półmroku.

Rano znów odkryję pięć dróg do chaosu.



Cover Barbadoski. Lepszy, bo z trąbką i przytupem.

czwartek, 2 lutego 2012

WINTER - SURPRISE

Nijak nie mogę wpisać się w zbiorową tendencję do narzekania na mróz i wygrażania pięścią zimie, która wsunęła stopę między zamykające się za nią drzwi a futrynę. Słońce ozłaca budynki, zimno jest, ale nie przeszywa wilgocią, a piece wreszcie (!) napełniły brzuchy czarnymi bryłami. Mało brakowało a ta zima minęłaby im na przymusowej diecie składającej się z drewnianych budowlanych resztek. Osobisty mój Janosik hartuje ciało i umysł w codziennym porannym biegu z pisklakiem do świątyni wiedzy, pozwalając mi złapać jeszcze odrobinę snu przed nabraniem rozpędu. Wydolność czasową obojga wspaniałomyślnie pominę milczeniem. Podobno najgorzej jest mieszkać blisko i mieć poczucie, że zawsze się zdąży.

Uświadomiłam sobie ostatnio, że noszę w sobie garść obrazów z przeszłości, które, choć bolesne, wspominam z rzewnością i których bardziej nie chcę niż nie potrafię wyrzucić z pamięci. Zakrawa to na masochizm, gdy nastaje czas, że wywlekam je z najgłębszych zakamarków umysłu, otrzepuję z kurzu i oglądam pod światło z każdej strony. Przeniesienie się na jeden wieczór w inną rzeczywistość, powrót do poprzedniego tomu i wczytanie się w jego rozdziały przynosi mi niesamowite uczucie oczyszczenia.

piątek, 20 stycznia 2012

DZIEŃ ZA DNIEM

Dni płyną jeden za drugim, zimy nadal nie widać, wiosenne myśli pomalutku zaczynają kiełkować we mnie jak nasionka lnu na parapecie. Przeglądam kartki kalendarza, niecierpliwymi krzyżykami poganiam czarne i czerwone cyfry.

Pisklęta obrastają w piórka, czubią się i lubią; najmniejsze rozpędza się w eksplorowaniu otaczającego świata, co na tym etapie daje jeszcze radość większą niż utrapienie.

Zaczynam nieśmiało zerkać w stronę tamborka, już tęsknię, już korci mnie, żeby choć parę chwil wieczornych poświęcić na ulubioną dłubaninę. Usypiając, widzę kolejne wzory w oprawach, na ścianach i na stołach, aż boję się, że gdy znów zanurzę się w ich świecie, zatracę się w nim kosztem innych, ważniejszych spraw.

Radość przynoszą mi spotkania z Młodszą, smuci zaś rozmijanie się z A. i M. oraz to, że ostatnio ciągle jakoś nam nie po drodze. Mam złość na siebie, że zajęta swoimi najbliższymi tak niewiele czasu i uwagi mam teraz do zaoferowania przyjaciółkom. Jednocześnie wiem, że to naturalny, przejściowy stan i czuję wdzięczność, że w mądrości swojej nie oczekują ode mnie dwojenia się i trojenia.

niedziela, 1 stycznia 2012

NA TEN 2012

Nowy Rok nastał. Nowe nadzieje i plany, nowe wyzwania.

Osobiście życzyłabym sobie uporania się z grubą skorupą, którą obrosłam wystawiona na serię mniejszych i większych rozczarowań, na które zupełnie nie byłam przygotowana w minionym roku.

Cierpliwości i wytrwałości w szlifowaniu charakteru małego egocentryka, który wyrósł na piersi mojej własnej; obym była dobrą podporą dla młodych pędów niekoniecznie pnących się strzeliście do samego nieba, wzdłuż jedynej słusznej drogi, jaką mu obmyśliłam. Obym umiała pozwolić mu czasem zbłądzić i przemoczyć buty nie biegnąc za nim z parasolem i chusteczką do nosa.

Obym czasem pozwoliła zatęsknić za sobą pracownikom służby zdrowia, niechby cotygodniowe wizyty z zasmarkaną gromadką przestały być rutyną.

I żeby zwiotczała wypukłość w okolicach mojej talii, pamiątka po ostatnim lokatorze, wchłonęła się sama pod wpływem uporczywych myśli jako jedynego środka zaradczego.

A czego życzyć Wam?


Do górali słabość mam nie od dziś...