No to start! Zaczynam niepewnie, jak skoczek na linie, jak kociak stąpający po kamieniach w strumieniu.
Tu krok, tam dwa, zawahanie, jeden w tył i znów do przodu.
Dzień za dniem, tydzień za tygodniem.
Ścinek do ścinka, koralik do koralika, nitka do nitki.
Uszyję kolorowy patchwork ze słów, myśli, wspomnień i marzeń.
Opatulę się nim w chłodne wieczory i będę drzemać w bujanym fotelu
...znów stanęłam z nimi twarzą w twarz. Na szczęście udało mi się je trochę odczarować, oswoić, uświadamiając sobie jednocześnie, że jestem tym, kim jestem, i to ja panuję nad moim życiem a nie one. Że wszystkie boleści Tamtego Czasu, paprzące się przez lata jak źle oczyszczona rana, jednak zabliźniły się i jedyne, co chcę w sobie pielęgnować to dobre wspomnienia. To duża ulga móc tak powiedzieć patrząc w lustro monitora i gmerając we własnym wnętrzu.
Dziwię się przy tym kolejnemu zbiegowi okoliczności i sile moich myśli. Choć nie wierzę w telepatię to albo jednak bywam małą wiedźmą, albo po prostu los mój droczy się znów ze mną idąc mi na rękę bardziej niż na to liczę. Najprostsze rozwiązania są przecież najlepsze, nie spodziewałam się jednak, że ta księga otworzy się sama, i to od razu na odpowiedniej stronie
Jaki piękny dzień. Pozwoliłam się pieścić słońcu obracając twarz za nim i domagając się gorących smagnięć raz tu, raz tam. W poprzednim wcieleniu chyba byłam słonecznikiem. Odsłoniłam ramiona i kolana lekceważąc, co przystoi kobiecie w moim stanie, i rozmyślałam mrużąc oczy.
A było nad czym. Niespodziewanie poznałam, po ponad trzech latach, Drugą Połówkę charyzmatycznego Starszego Pana, będącego kopalnią wiedzy, życiowej mądrości, uosobieniem dobra, spokoju i ciepła właściwego osobom pokroju Karola Wojtyły. Może to nadużycie i nietakt stawiać te postaci w jednym szeregu, dla mnie jednak to oczywiste skojarzenie od którego nie mogę i nie próbuję uciec. Ile godzin spędziłam słuchając uroczych, przekornych żartów i anegdot emerytowanego astronoma i pilota szybowców, ile historii rodzinnych i sekretów owianych pajęczyną niepamięci, z których zawsze wyłaniał się obraz ludzi o niezwykłej mądrości, odwadze, patriotyzmie, wierze w Boga i w drugiego człowieka. Obraz ludzi – legend jakich dzisiaj już prawie nie ma. I zastanawiam się, jaki zaszczyt mnie spotkał sadzając kiedyś na ławce obok tego pół-anioła z niedowładem jednej strony ciała, zanikami pamięci i nieporadnością w kojarzeniu prostych przyziemnych spraw, a biegłością w postrzeganiu sercem.
Tym bardziej ucieszył mnie widok ICH razem. Pięknie wyglądali: on potężny, choć przygarbiony, podtrzymywany silnym uściskiem drobnej, ale prostej jak brzoza ukochanej. Krok za krokiem, ramię w ramię, szur szur, pył parkowej ścieżki uniósł się spod zbolałych kroków i oprószył siwizną zdeptane buty obojga. Pozazdrościłam lat spędzonych razem, tej szorstkiej tkliwości charakterystycznej dla wieloletnich małżeństw i wiedzy-bez-słów, której nie dane mi jest uczyć się od własnych rodziców. Znów poczułam w sobie szpilę goryczy, że oni tak nie potrafili, że w jesieni życia głupim dziecinnym uporem i wzajemnymi pretensjami o błahostki zdeptali i pogrzebali doszczętnie wszystko, co tylko trochę ważne, a przy okazji to, co najważniejsze
Trudno wrócić po kilku dniach nieważkości umysłu do świata wielkomiejskiej cywilizacji, elektronicznej sieci, telewizji, fotek, plotek i durnotek. W głowie wciąż zielone obrazy, ruchy spowolnione brakiem musu i parę nowych bąbli na ciele, żeby nie było tak idealnie. Wciąż gniotę w sobie i rozprostowuję de ja vu – czy byłam już w tamtym miejscu wieki temu z domem w plecaku, czy to tylko podobieństwo okolicy i czysty przypadek. Nie mogę dojść. I w jakim stanie wtedy byłam, że nie kojarzę oczywistych punktów odniesienia – w stanie szczenięco-głupiego upojenia czy zakochania. Pamiętam tylko deszcz, plażę i ognisko. Dziś po plaży ani śladu, a jednak coś nie daje mi spokoju, wszak lata zaniedbań mogły sprawić, że woda upomniała się o swoje, wykradła sprytnie teren kawałek po kawałku pokrywając go szuwarami, rzęsą i mchem.
Nie wiem, czy potrafię zrozumieć pobudki osób, które zostają pediatrami i zatrudniają się w jedynym w województwie szpitalu dziecięcym, aby traktować chore, wymęczone, rozpalone gorączką maluchy jak porcje mięcha na ladzie. „Nie zaciskaj ręki bo palec ci urwę i jak będziesz wyglądać” rzucone podczas pobierania krwi to na pewno nie jest sposób na nawiązanie współpracy z przerażonym trzylatkiem wczepionym w moją bluzkę i starającym się stopić z jej fakturą. („Głowę sobie urwij, paniusiu” grzęźnie mi gulą w gardle gdy zauważam wzrok męża-przyczajonego aligatora, i modlę się aby w porę opanował instynkt). Druga pani szybko ubierająca maskę i foliowe rękawiczki „bo ciągle od tych dzieci coś łapie” i jeszcze jedna, siłowo otwierająca małe zaciśnięte usta nazywając je paszczą nie poprawiają wrażenia zrobionego przez koleżankę. W efekcie stres sięga zenitu, pisklak zanosi się od płaczu a krew z malutkiego palca krzepnie i potrzebne są kolejne kłucia. W międzyczasie: serdeczna wymiana życzeń wielkanocnych z koleżanką schodzącą z dyżuru, konsultacja w sprawie świeżoprzyjętego „chłopca z jedynki” o dziwnym nazwisku i krótka rozprawa nad tymże, telefon od pacjentki z Polanicy z natychmiastową zmianą tonu na pretensjonalny, nerwowe śledztwo w sprawie niewyraźnego numeru REGON na jakiejś pieczątce. I papiery, papiery, papiery. A ty siedź człowieku, niemy paprochu z bombą zegarową w środku i delektuj się swoją bezsilnością wobec władzy zblazowanych przedstawicielek służby zdrowia. Władzy, której podważenie może zaważyć na zdrowiu małej istoty i zniweczyć sens świątecznego popołudnia spędzonego w psychodelicznej poczekalni
Dwa dni rozłąki owocują nową energią i pomysłami na zajęcie dwóch par małych i jednej dużych rąk. Najważniejsze jest pochylenie nad wspólnym dziełem, jakkolwiek proste i absurdalne miałoby ono nie być. Przerywane kuksańcami, uściskami, muchami w nosie i upadkami ze stołków wśród pisków i śmiechu.
Tyle jeszcze pomysłów mam, część prac zaczętych, poganiam więc siebie – szybciej, szybciej, bo za chwilę wszystko zawiśnie na kołku na czas nieokreślony. Czas, który stanie się towarem deficytowym, ręce przejmą zupełnie inne role, a karcący „magiczny palec” przestanie wychylać się z szeregu.
Parę świąteczno-powitalnych drobiazgów tuż przed odlotem za wielką wodę
Chciałoby się, żeby ten czas trwał w nieskończoność. Zielono mi, choć jednocześnie ciężko i niezgrabnie. Słupek za szybą z dnia na dzień wzbija się coraz wyżej i wszystko nabiera intensywności. Odnowione kamienice mienią się jaskrawymi kolorami w słońcu, a szarość starych elewacji już nie przygnębia. Nawet dzieci biegają, zdaje się, dwa razy szybciej, a w ich głowach mnożą się pomysły na kolejne szaleństwa.
Prawdę mówiąc, dni przypominają teraz obrazki w kalejdoskopie. Jest bajecznie, jest świetliście, tylko tempo dla mnie trochę za duże… A przecież mój rollercoaster dopiero się rozpędza!
Włączyło mi się poczucie misji. Poruszam niebo i ziemię, żeby ogrodzenie miejskiej fosy straciło symboliczność a zaczęło być tym, czym powinno. Syndrom wicia gniazda? Tym razem globalnie dla odmiany :D
-Mamo, ale ten deszcz to tylko po to, żeby za kilka dni zazieleniły się trawniki!
Łatwo mówić, kiedy jeszcze nie ma się mokrego kółka na plecach pod nieprzemakalną (?!) zimową kurtką i grubym swetrem. Deszczowego kółka. Jak Bonifacy przysiadam więc na schodkach przy piecu, ciepło rozchodzi się po kościach uginających się codzień pod słodkim ciężarem.
Mimo wszystko w środku kiełkują pierwiosnki; widać gołym okiem, że lada moment przyroda nabierze rozpędu i rozbucha się w obfitości zieleni i zapachów. Mam wrażenie, że wszyscy już odliczamy dni stukając palcami w blaty stołów. Ja odliczam podwójnie, zachłanna bestia, kiwając się na boki jak wańka wstańka :)
Za to w domu, na osłodę, pączki z serka „homo-nie wiadomo” – szybka akcja a wielka radość
Wiosenna wycieczka do zamku na wodzie pomału staje się naszą tradycją. Cała zimę czekałam na ten dzień. Może powinniśmy topić Marzannę w wojnowickiej fosie? Nie spodobałoby się to miejscowym kaczkom, które, niby obojętne, kątem oka łapczywie wypatrują u nas czerstwych okruchów.
Nasze osobiste pisklęta plus jedno wyrośnięte, przysposobione na ten dzień, wychodziły z siebie równie radośnie jak z puchowych kurtek i polarowych czap. Efektem wychodzenia z siebie jest jedno stłuczone kolano, ubłocone po kostki buty, obwódki wokół paznokci (sic!) i trzy pary rozradowanych, błyszczących ślepi. Podobno dzieci dzielą się na czyste i na szczęśliwe. To nasze dziś po prostu nurzały się w szczęściu, choć i tak nie był to szczyt ich możliwości.
Odurzeni przejrzystym, wilgotnym powietrzem, śpiewem ptaków, ciepłymi podmuchami i błogostanem myśli, wróciliśmy do domu, aby dostać obuchem w łeb. Konkretnie ja i konkretnie w sam środek. Telefon z gądowskiego obozu wytrącił mnie z równowagi i zburzył spokój budowany przez całą niedzielę, przerodził się w wewnętrzną trzęsawkę i skołtunił wszystkie nitki w głowie, które tak skrupulatnie rozplątywałam w ostatnim czasie, gładziłam i nawijałam na zgrabne moteczki.Myślałam, że każdy już znalazł swoje miejsce i że mogę zasiąść do wyplatania nowego, barwnego i równiutkiego światopoglądu na temat tego, co dzieje się w pokrętnej relacji najbliższych mi osób. Nic z tego. Budowla runęła a opadający pył jeszcze długo będzie szczypał mnie w oczy