No to start! Zaczynam niepewnie, jak skoczek na linie, jak kociak stąpający po kamieniach w strumieniu. Tu krok, tam dwa, zawahanie, jeden w tył i znów do przodu. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Ścinek do ścinka, koralik do koralika, nitka do nitki. Uszyję kolorowy patchwork ze słów, myśli, wspomnień i marzeń. Opatulę się nim w chłodne wieczory i będę drzemać w bujanym fotelu
piątek, 24 lutego 2012
czwartek, 16 lutego 2012
TATA
Jest coś, czego mu zazdroszczę.
Nie znam absolutnie nikogo, kto potrafi zabawiać pisklaki tak, jak on. Nikogo, kto wkraczając w ich świat nagle staje się jednym z nich, ba, nareszcie staje się sobą.
Ma głowę tak pełną pomysłów na zabawy, że nie powstydziłby się ich niejeden pedagog – zabawy proste, niewyszukane, z użyciem najbanalniejszych rekwizytów, a wciągające i dające zajęcie na długie godziny. Mecz piłki nożnej rozgrywany na stole przez tuzin żołnierzyków kostką do gry? Proszę bardzo. Sklep spożywczy z użyciem pustych opakowań po produktach, które chomikuję w kuchni? Nie ma sprawy. Do tego szukanie skarbów na plaży zakopanych niepostrzeżenie pięć minut wcześniej, albo prawdziwych, wyrzuconych przez fale. Rysowanie okularów, wąsów i kapeluszy twarzom na zdjęciach w zeszłotygodniowej gazecie. Robienie papierowych pieniążków z użyciem monety i ołówka. Wyścigi resoraków zjeżdżających po równi pochyłej książki do angielskiego. Budowanie fortec z pudełek, wieżowców z kart do gry i wycinanie serwetek z papieru (sic!). Ta lista nie ma końca, a gdy weny brak, zawsze pozostają jeszcze zapasy na dywanie – ich dwóch przeciw niemu jednemu.
Chcę, aby takim go pamiętali.
Tak jak ja, mimo wszystkiego, co nastąpiło potem, pamiętam mojego Tatę opowiadającego mi najwspanialsze, bo jego własne, bajki przed zaśnięciem.
sobota, 11 lutego 2012
WIECZOREM
Czuję się jak przekłuty balon.
Czasem dałabym się pokroić i ugotować za trochę ciszy.
Zbieram wtedy myśli jak malutkie koraliki rozsypane na dywanie. Nabożnie oddzielam włóczkowe pasemka, chowam do właściwych szufladek. Guziczki, szkiełka, kamyczki. Nim nastanie ranek, podelektuję się tym spokojem i ładem. Pooddycham cichą muzyką w ciepłym półmroku.
Rano znów odkryję pięć dróg do chaosu.
czwartek, 9 lutego 2012
czwartek, 2 lutego 2012
WINTER - SURPRISE
Nijak nie mogę wpisać się w zbiorową tendencję do narzekania na mróz i wygrażania pięścią zimie, która wsunęła stopę między zamykające się za nią drzwi a futrynę. Słońce ozłaca budynki, zimno jest, ale nie przeszywa wilgocią, a piece wreszcie (!) napełniły brzuchy czarnymi bryłami. Mało brakowało a ta zima minęłaby im na przymusowej diecie składającej się z drewnianych budowlanych resztek. Osobisty mój Janosik hartuje ciało i umysł w codziennym porannym biegu z pisklakiem do świątyni wiedzy, pozwalając mi złapać jeszcze odrobinę snu przed nabraniem rozpędu. Wydolność czasową obojga wspaniałomyślnie pominę milczeniem. Podobno najgorzej jest mieszkać blisko i mieć poczucie, że zawsze się zdąży.
Uświadomiłam sobie ostatnio, że noszę w sobie garść obrazów z przeszłości, które, choć bolesne, wspominam z rzewnością i których bardziej nie chcę niż nie potrafię wyrzucić z pamięci. Zakrawa to na masochizm, gdy nastaje czas, że wywlekam je z najgłębszych zakamarków umysłu, otrzepuję z kurzu i oglądam pod światło z każdej strony. Przeniesienie się na jeden wieczór w inną rzeczywistość, powrót do poprzedniego tomu i wczytanie się w jego rozdziały przynosi mi niesamowite uczucie oczyszczenia.
piątek, 20 stycznia 2012
DZIEŃ ZA DNIEM
Dni płyną jeden za drugim, zimy nadal nie widać, wiosenne myśli pomalutku zaczynają kiełkować we mnie jak nasionka lnu na parapecie. Przeglądam kartki kalendarza, niecierpliwymi krzyżykami poganiam czarne i czerwone cyfry.
Pisklęta obrastają w piórka, czubią się i lubią; najmniejsze rozpędza się w eksplorowaniu otaczającego świata, co na tym etapie daje jeszcze radość większą niż utrapienie.
Zaczynam nieśmiało zerkać w stronę tamborka, już tęsknię, już korci mnie, żeby choć parę chwil wieczornych poświęcić na ulubioną dłubaninę. Usypiając, widzę kolejne wzory w oprawach, na ścianach i na stołach, aż boję się, że gdy znów zanurzę się w ich świecie, zatracę się w nim kosztem innych, ważniejszych spraw.
Radość przynoszą mi spotkania z Młodszą, smuci zaś rozmijanie się z A. i M. oraz to, że ostatnio ciągle jakoś nam nie po drodze. Mam złość na siebie, że zajęta swoimi najbliższymi tak niewiele czasu i uwagi mam teraz do zaoferowania przyjaciółkom. Jednocześnie wiem, że to naturalny, przejściowy stan i czuję wdzięczność, że w mądrości swojej nie oczekują ode mnie dwojenia się i trojenia.
niedziela, 1 stycznia 2012
NA TEN 2012
Nowy Rok nastał. Nowe nadzieje i plany, nowe wyzwania.
Osobiście życzyłabym sobie uporania się z grubą skorupą, którą obrosłam wystawiona na serię mniejszych i większych rozczarowań, na które zupełnie nie byłam przygotowana w minionym roku.
Cierpliwości i wytrwałości w szlifowaniu charakteru małego egocentryka, który wyrósł na piersi mojej własnej; obym była dobrą podporą dla młodych pędów niekoniecznie pnących się strzeliście do samego nieba, wzdłuż jedynej słusznej drogi, jaką mu obmyśliłam. Obym umiała pozwolić mu czasem zbłądzić i przemoczyć buty nie biegnąc za nim z parasolem i chusteczką do nosa.
Obym czasem pozwoliła zatęsknić za sobą pracownikom służby zdrowia, niechby cotygodniowe wizyty z zasmarkaną gromadką przestały być rutyną.
I żeby zwiotczała wypukłość w okolicach mojej talii, pamiątka po ostatnim lokatorze, wchłonęła się sama pod wpływem uporczywych myśli jako jedynego środka zaradczego.
A czego życzyć Wam?
niedziela, 25 grudnia 2011
czwartek, 22 grudnia 2011
GDZIE TA MAGIA?
Nadchodzące święta miały być całkiem inne.
Po weryfikacji planów górsko-morsko-wyjazdowych stanęło jednak na tym, że znów będzie jak co roku: domowo, plotkarsko i tak jak ”wypada”.
Biały puszek na betonie przed oknem i na dachu samochodu sąsiada dał dziś daremną nadzieję, że w końcu poczuję magię tego czasu. Po południu biały dywan zamienił się w kałuże, w których, jak w tysiącach lusterek, odbijały się świąteczne ozdoby ulicznych latarni.
Coraz trudniej przychodzi mi wzbicie się ponad materialny wymiar świąt. Nie wiem, czy mój wiek ma tu coś do rzeczy, czy czasy nastawione na to, żeby było szybciej, głośniej i efektowniej. Jakoś nie umiem się w tym odnaleźć, jakbym nie do końca pasowała do tego świata.
W moim świecie święta to białe pagórki, choinki w śniegowych czapach, żółte światełka okien w ciemności, ślad sanek na grubej warstwie puchu, dźwięk kościelnych dzwonów i wszystko to, co nieosiągalne w sercu dużego miasta między jedną galerią a drugą.
czwartek, 15 grudnia 2011
GDYBYM
Ostatnio ktoś zapytał mnie, czego bym nie zrobiła, gdybym nie miała dzieci. Długo nad tym myślałam.
Gdybym nie miała dzieci, byłoby mi pusto w życiu.
Nie rozśmieszałyby mnie do niemożebności słowa "kupa", "bąk", "pierd","tyłek" i "bek".
Nie miałabym kilku brulionów zapisanych ich dziecięcym językiem, które otwieramy co jakiś czas i próbujemy rozszyfrować, kto dany tekst wymyślił i co on oznaczał, pękając ze śmiechu.
Nie odróżniałabym marek samochodów.
Nie szukała Ben 10-ów, Spidermanów i Spongebobów przy każdej wizycie w papierniczym czy odzieżowym.
Pewnie nie chciałoby mi się buszować po lumpeksach przez co nie znalazłabym wielu fantastycznych, niepowtarzalnych ciuchów.
Na lodówce miałabym więcej białego miejsca niż magnesów i kolorowych obrazków, a nie miałabym dwóch grubych teczek pełnych laurek i innych dowodów miłości.
Nie cieszyłabym się jak wariatka z tego, że mogę być Świętym Mikołajem.
Nie robiłabym lampionów na roraty.
Nie nauczyłabym się piec cudacznych ciastek i ciasteczek, robić hurtowych ilości leniwych pierogów.
I nie rozumiałabym drżącej brody mojej mamy, gdy śpiewałam "Kaczkę-dziwaczkę" na pierwszym przedszkolnym przedstawieniu.